Ta strona używa plików cookies.
Polityka Prywatności
Jak wyłączyć cookies?
Cyberbezpieczeństwo
AKCEPTUJĘ

Niebezpieczne związki

Mafia. Jednym to słowo kojarzy się z niezapomnianym „Ojcem Chrzestnym”, innym z brutalnymi porachunkami gangsterów z Wołomina czy Pruszkowa, jeszcze innym z rekieterami zza wschodniej granicy. W rzeczywistości problem jest znacznie szerszy, ale jedna cecha jest wspólna dla każdej organizacji mafijnej: posunięty do granic nepotyzm.

Nepotyzm – zgodnie ze słownikową definicją – oznacza „faworyzowanie krewnych i przyjaciół przy obsadzaniu wysokich stanowisk i rozdawaniu godności przez osoby wpływowe” [„Słownik Języka Polskiego” PWN]. Zdaniem wielu, potwierdzonym zresztą przez liczne niezależne badania, nepotyzm jest też – niestety – poważną chorobą toczącą polską politykę i administrację. W sumie więc nic dziwnego, że Polacy nader ochoczo nazywają polityków, urzędników i kastę rządzącą właśnie mafią.

Nie o mafii dziś jednak będzie mowa, lecz o sądownictwie. Wprawdzie wielu obywateli zapewne postawiłoby pomiędzy jednym i drugim znak równości, ale nie przesadzajmy. Oderwanie przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości od rzeczywistości, ich przeświadczenie o własnej wszechmocy i dojmujące dowody poczucia bycia ponad prawem widoczne są niemal na każdym kroku, ale mimo tego bez nich państwo nie mogłoby funkcjonować. Poza tym, jakkolwiek zawsze znacznie łatwiej dostrzega się wszystko to, co złe, to nie wolno generalizować: bez wątpienia więcej jest w sądach „tych dobrych” od „tych złych”. Problem jest jednak inny i nie bez powodu taki właśnie wstęp: po pierwsze – również w sadownictwie nepotyzm wydaje się być na porządku dziennym, po drugie natomiast – jeśli nawet nie wynikają z nepotyzmu, to i tak powiązania rodzinne są akurat w tej branży wyjątkowo niebezpiecznym zjawiskiem.

Polski wymiar sprawiedliwości bez wątpienia wymaga reformy. Uzdrowić trzeba całe mnóstwo rzeczy, zarówno na poziomie systemowym i organizacyjnym, jak i bezpośrednio na szczeblu praw, obowiązków i etyki sędziowskiej.

Rodzinne zdjęcie

„Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu” – głosi stare porzekadło. Pewnie jest w tym jakaś prawda, ale zdaje się ona nie obowiązywać w środowiskach urzędniczych. Nie inaczej jest w sądach. Powszechnie znaną jest wyjątkowa „rodzinność” zawodu prawnika. Jeszcze do niedawna, kiedy dostęp do niego był znacznie bardziej obostrzony, można było z niemal całkowitą pewnością stwierdzić, że jeśli ktoś jest – dajmy na to – adwokatem, to prawdopodobnie jest nim też ktoś z jego rodziców czy rodzeństwa, a być może nawet cała familia. Trochę tak, jak z lekarzami… W tym nie ma jednak ani nic bardzo dziwnego, ani specjalnie niepokojącego. Ot, rodzinne tradycje i to wszystko. Zresztą, nie słyszy się raczej o przypadkach, by adwokaci z tej samej rodziny występowali po dwóch stronach sporu, a jeśli współpracują – to po jednej stronie i dla dobra klienta. Gorzej, gdy układ rodzinny wchodzi na nieco wyższe poziomy.

Jakiś czas temu jeden z tygodników opisał sytuację, jaka wydarzyła się w postępowaniu prowadzonym przez Sąd Rejonowy w Kłodzku. Okazało się, że żona jednej ze stron tego postępowania była w tym sądzie kuratorem. Kłodzki sąd do największych nie należy i można się spodziewać, że wszyscy znają się jak przysłowiowe „łyse konie”, co jest wystarczającą podstawą do wyłączenia sędziów ze sprawy. A jednak tamtejszy Sąd Okręgowy takiego wniosku nie uznał, bo – jak uzasadnił – trzeba by było „udowodnić związek emocjonalny pomiędzy sędzią a żoną uczestnika”. Cóż, „grzebać w prywatnych brudach” sensu nie ma (zresztą, pewnie i tak niczego by się „nie dogrzebano”), ale niesmak pozostaje.

W 2010 roku Janusz Wojciechowski – polityk, a co najważniejsze były Prezes Najwyższej Izby Kontroli i wieloletni czynny sędzia – pisał na swoim blogu o następującym układzie: prezes jednego z sądów nadzorował komornika, który w swoim biurze zatrudniał członków rodziny tego prezesa. Na dodatek – zdaniem Wojciechowskiego – sędzia z Ministerstwa Sprawiedliwości nie widział w tym nic złego!
To było aż i tylko cztery lata temu. Przez ten czas jednak niewiele się zmieniło – podobne historie można mnożyć, a nawet pobieżne przeszukanie internetowych mediów dostarczy nam wielu przykładów udowodnionych układów towarzyskich i rodzinnych w sądach każdego szczebla na terenie całego kraju.

Problem

Wcześniej mowa była o nepotyzmie, ale wspomniane układy wynikają nie tylko z niego. Równie często mamy do czynienia z sytuacjami znacznie prostszymi. Przykład pierwszy z brzegu: rodzeństwo wychowane w rodzinie adwokackiej idzie – co wydaje się nawet naturalne – na studia prawnicze. Potem ona zostają sędzią, a on prokuratorem. Ona wychodzi za mąż i zmienia nazwisko. Mieszkają w tym samym mieście i siłą rzeczy spotykają się na sądowych korytarzach. Siłą rzeczy rozmawiają o sprawach na spotkaniach rodzinnych i – również siłą rzeczy – prędzej czy później trafiają na siebie na jednej sali rozpraw. Noszą inne nazwiska, więc nikt nie orientuje się – przynajmniej nie od razu – że łączą ich jakieś więzy rodzinne. To naprawdę nie jest sytuacja przerysowana.

Problem jest dwojakiego rodzaju. Pierwsza sprawa, to kwestia zwykłych ludzkich odruchów, przyzwyczajeń, a nawet uczuć. Wydaje się, że profesjonaliści powinni umieć takie sprawy odkładać „na bok” w sytuacjach zawodowych, ale przecież każdy psycholog przyzna, że zwykle jest to raczej niemożliwe – a w każdym razie nie do końca. W związku z czym jest niemal bardziej niż pewne, że w podobnym przypadku sędzia-siostra (nawet podświadomie) chętniej przychyli się do stanowiska prokuratora-brata, aniżeli obcego dla niej adwokata strony oskarżonej.

Druga strona medalu, to kwestia z pogranicza korupcji – może nie zawsze w sensie materialnym (choć tej także), ale przynajmniej na pograniczu „wzajemnych zobowiązań”. Trudno się spodziewać, by – tak jak w przypadku sytuacji z Kłodzka opisanej wcześniej – sędzia występował przeciwko podlegającemu mu kuratorowi. Mówiąc wprost: byłoby wtedy tak, jakby de facto występował przeciwko samemu sobie. Poza tym, gdyby nawet nie występowała tu sprawa hierarchii służbowej, to i tak w grę wchodzą powiązania w rodzaju „przysługi za przysługę” i swego rodzaju „lojalności wewnętrznej”, która przecież w tak małych i hermetycznych środowiskach jak ów sąd jest – z socjologicznego punktu widzenia – zupełnie naturalna.

Niebezpieczeństw związanych z nieujawnionymi powiązaniami rodzinnymi w sądownictwie jest zresztą jeszcze więcej. Pytanie zatem brzmi: jak im zapobiegać?

Rozwiązanie

Rozwiązanie jest wbrew pozorom dość proste, choć wymaga drobnej zmiany prawa. Otóż sędziowie zobowiązani są składać coroczne rozliczenia majątkowe. W przeciwieństwie do rozliczeń posłów czy samorządowców – nie są to oświadczenia jawne i publicznie dostępne. Wiedzę o nich mają wyłącznie prezesi sądów. Ale to właśnie one są kluczem do rozwiązania kwestii niebezpiecznych układów rodzinno- towarzyskich w polskim sądownictwie.

Po pierwsze: należy tak zmienić prawo, by rozliczenia te stały się jawne. Przy okazji będzie to bardzo mocny cios w potencjalną korupcję. Po drugie: należy prawnie nakazać sędziom ujawnianie w owych rozliczeniach członków rodziny (do określonego stopnia pokrewieństwa oraz spowinowacenia), którzy również są przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości lub wykonują zawody prawnicze z natury rzeczy wiążące ich z sądownictwem – sędziów, prokuratorów, adwokatów.

Po trzecie wreszcie – dobrze byłoby, aby wszystkie te oświadczenia co roku sprawdził niezależny audytor oraz by mogły być poddane niezależnej analizie ze strony organizacji pozarządowych. Oczywiście obywatele powinni mieć dostęp zarówno do wspomnianych oświadczeń, jak i analiz.

To naprawdę proste rozwiązanie, które diametralnie zmieni funkcjonowanie polskiego sądownictwa. Zmieni – rzecz jasna – na korzyść obywateli i ich praw. Parafrazując słynne słowa legendarnego astronauty Neila Armstronga: to mały krok dla sędziów, ale wielki dla sądownictwa. I jeszcze większy dla sprawiedliwości.

Leave a Comment

Your email address will not be published.