Przyjazny klimat dla biznesu

Zdaniem Banku Światowego Polska pod względem łatwości prowadzenia działalności gospodarczej plasuje się na 45 pozycji spośród 189 przebadanych krajów. Ponoć także nieustannie „kontynuuje działania na rzecz poprawy klimatu dla biznesu”. Dlaczego więc tysiące polskich przedsiębiorców mają na ten temat zupełnie inne zdanie? Sprawa Mariana Wegery jest przerażająco jednoznaczną odpowiedzią na to pytanie.

Marian Wegera to lubelski – już niestety były – biznesmen. Jeszcze w 2003 roku jego firma funkcjonowała z rozmachem na szeroko pojętym rynku drzewnym: produkowała między innymi drewniane domy. Wielkie magazyny, nowoczesny park maszynowy, interesy na wielką skalę w Polsce i za granicą – a co za tym idzie, potężny wkład w rozwój gospodarki. Bo Wegera nie uciekł – jak wielu przedsiębiorców – ze swoją działalnością do żadnego „raju podatkowego”. Płacił podatki w kraju, zatrudniał wiele osób, a dla części drobnych podwykonawców współpraca z nim była jedyną szansą utrzymania się na biznesowej powierzchni. Ale to już przeszłość.

Wrobiony

Firma Mariana Wegery prosperowała bardzo dobrze. Rzutki przedsiębiorca potrafił dostrzec każdą opłacalną okazję do rozwoju swojego biznesu i skutecznie ją wykorzystać. W 2003 roku jego „wartość” szacowano na co najmniej 30 milionów złotych, a to – jak na owe czasy, branżę i polski kapitał – naprawdę sporo. Perspektywy na przyszłość także były świetlane. Niestety, do czasu.

Kiedy na horyzoncie pojawiła się wizja dochodowej współpracy z gronem warszawskich biznesmenów, Wegera nie wahał się długo. Postanowił rozwinąć biznesowe skrzydła. Dziś można powiedzieć wprost: podejmując współpracę podpisał na siebie wyrok.

Zaczęły się problemy – kontrole z Urzędu Skarbowego, kary, a wreszcie prokuratorskie zarzuty. Na początku 2004 roku Marian Wegera został zabrany z domu przez funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i przewieziony do lubelskiego Aresztu Śledczego. Pozostaje w nim do dziś, choć gdyby nawet był rzeczywiście winny wszystkich zarzucanych mu czynów, już dwa lata temu powinien wyjść na wolność, bo taki jest maksymalny wymiar kary za tego typu zarzuty. Tymczasem pozostały mu dwa kolejne lata „wakacji na koszt państwa”.

Z perspektywy czasu można z niemal całkowitą pewnością mówić, że Wegera został przez kogoś „wrobiony”. Komuś nie na rękę były jego biznesowe pomysły i rozmach, z jakim działał, być może ktoś po prostu chciał zniszczyć konkurencję – i to mu się udało.

Cały wielomilionowy majątek firmy został rozsprzedany za bezcen (przykład: warte prawie 4 miliony złotych maszyny syndyk masy upadłościowej upłynnił za kilkadziesiąt tysięcy). Sam przedsiębiorca również stracił wszystko. Stracił więcej niż tylko pieniądze – rodzina uwierzyła, że jest „groźnym przestępcą”, a żona odeszła.

14 lat

Tyle – zdaniem kolejnych Sądów – Marian Wegera powinien spędzić w zamknięciu. Można by rzec: kara, jak kara. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że za przestępstwa o które go oskarżono, maksymalny jej wymiar powinien wynieść nie czternaście, lecz osiem lat pozbawienia wolności. Co więcej, w tego rodzaju sprawach stosuje się zwykle kary w zawieszeniu. Najwyraźniej jednak komuś było „na rękę”, żeby przedsiębiorca „siedział”, „siedział” i „siedział”…

Za co Marian Wegera został zamknięty do aresztu? Lista zarzutów jest długa jak Żółta Rzeka i równie zagmatwana, co książka telefoniczna Islandii. Warto więc przytoczyć kilka zdumiewających absurdów, z jakimi mamy do czynienia w tej sprawie.

Oto na przykład zarzucono przedsiębiorcy uszczuplenie Skarbu Państwa (na całkiem niemałą kwotę) poprzez działania mające na celu płacenie niższych podatków. Innymi słowy – miał z premedytacją „manipulować” rozliczeniami finansowymi firmy, by płacić państwu mniejszą daninę. Absurd? Prokuratura oskarżyła go o przestępstwo, a sąd skazał, choć w dokładnie tej samej sprawie odpowiedni Naczelnik Urzędu Skarbowego – w wyniku nakazanej kontroli – nie dopatrzył się żadnego uchybienia, o przestępstwie nawet nie wspominając… A dokładniej: biznesmen zapłacił za niski podatek, skarbówka wezwała go do uregulowania brakującej kwoty powiększonej o stosowną karę, Marian Wegera zapłacił, Naczelnik Urzędu Skarbowego przeprowadził kontrolę, stwierdził, że wszystko jest w porządku i sprawę zamknął. Sąd miał na ten temat inne zdanie.

Jeszcze ciekawsza jest historia blachy falistej, która Marian Wegera rzekomo sobie przywłaszczył. Ponoć miał przejąć arkusze blachy należące do BRE Banku. Tymczasem w aktach sprawy jasno powiedziane jest, że nie tylko nie zrobił tego on, ale też, że w tym czasie (zresztą w ogóle nigdy…) rzeczonemu bankowi żadna blacha nie zginęła. Tym razem także sąd miał na ten temat inne zdanie.

A wreszcie – przysłowiowy gwóźdź do trumny. Przez jakiś czas firma Mariana Wegery podnajmowała jednemu z kontrahentów sporą część placu w przemysłowej części Lublina. Kontrahent od pół roku zalegał z czynszem (miesięcznie – 30 tysięcy złotych). Mimo tego Wegera wciąż robił z nim interesy, nabywając część jego produkcji, a jednocześnie domagał się zwrotu długu. Ostatecznie zniecierpliwiony nie opłacił kilku faktur wystawionych przez nierzetelnego podnajemcę, zresztą na znacznie niższą od wspomnianego zadłużenia kwotę. Czyli po prostu „pokrył” swoje zobowiązanie wobec klienta długiem, który klient posiadał wobec Mariana Wegery.

Niestety, w Polsce – zdaniem prokuratury i sądu – tego typu formuła kompensacji wierzytelności nie jest dopuszczalna. W związku z tym Marian Wegera został życzliwie poinformowany przez prokuraturę, że najpierw musi zapłacić rzeczone faktury, wraz z odsetkami i odszkodowaniem, którego domaga się kontrahent, a następnie może ewentualnie dochodzić swoich należności na drodze sądowej. Przy czym i tak popełnił przestępstwo i wyląduje za kratkami.

To zaledwie kilka przykładów absurdów prawnych, które stały się nieszczęściem polskiego przedsiębiorcy. Podobnych spraw jest znaczne więcej, ale i tak największą niedorzecznością jest co innego. Otóż – jako się rzekło – gdyby nawet przyjąć, że biznesmen faktycznie popełnił wszystkie zarzucane mu czyny i że dokonał ich z premedytacją, a więc jest poważnym przestępcą, to i tak łączna kara pozbawienia wolności wyniosłaby zaledwie 8 lat. Tymczasem Marian Wegera skazany został w sumie na aż 14 lat „odsiadki”.

Pracowity sąd

Jakim cudem zapadł tak długi wyrok? Przede wszystkim – nie wyrok, lecz wyroki. Otóż okazało się, że kolejne Sądy zamiast rozstrzygać wszystkie zarzuty łącznie (co jest logiczne, zgodne z polskim prawem i w zasadzie wskazane) zaczęły „rozbierać sprawę na czynniki pierwsze”. Dwa lata za to, rok za tamto, i tak dalej. W sumie uzbierało się tych lat czternaście.

Wymiar sprawiedliwości wykazał się w przypadku Mariana Wegery wyjątkowo pracowity. A w tej swojej pracowitości – a raczej nadgorliwości – udowodnił też, że prawo postrzega bardzo jednostronnie. Oto bowiem oskarżony przesiedział aż 9 lat mimo tego, że nie było jeszcze wydanego wyroku łącznego! Kilka lat z tych dziewięciu było efektem wcześniejszych wyroków, ale gdy te minęły Mariana Wegery z aresztu nie wypuszczono. Trzy i pół roku spędził tam z bliżej niesprecyzowanych przyczyn – ot tak, wakacje w zamknięciu na koszt podatnika. Podkreślmy to jeszcze raz: przez kilka lat Marian Wegera przebywał w lubelskim Areszcie Śledczym bez prawomocnego wyroku!

Na nic zdały się kolejne odwołania, na nic apelacje. Przedsiębiorca zmuszony był sięgnąć po środki ostateczne. Skarga do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu przyniosła – na pozór – skutki. Trybunał jednoznacznie potwierdził naruszenie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka poprzez bezprawność przetrzymywania Mariana Wegery za kratami, a nawet nakazał wypłatę niewielkiego odszkodowania. Ale cóż z tego, skoro Marian Wegera „jak siedział, tak siedzi”…

Nie warto walczyć…?

Sprawa Mariana Wegery pokazuje, że niestety w naszym kraju chyba nie warto walczyć o swoje – znacznie lepiej „położyć uszy po sobie” i cierpliwie znosić wszelkie upokorzenia. Za kolejne odwołania, apelacje, podania, wnioski i inne próby uzyskania elementarnej sprawiedliwości, Marian Wegerę spotkały jedynie kolejne kary i szykany.

Na dodatek, prokuratorzy i nieomylni – w swoim mniemaniu – sędziowie zniszczyli prężnie funkcjonujące, dochodowe (także dla gospodarki, bo przecież milionowe podatki odprowadzane do budżetu nie biorą się z nicości) przedsiębiorstwo oraz złamali człowiekowi życie. Ciekawe, co by na to powiedzieli epatujący hurraoptymizmem eksperci przywołanego na początku Banku Światowego…

Ostatecznie, po latach niesprawiedliwego aresztu, czasu zamknięcia bez wyroku, po licznych interwencjach Fundacji LEX NOSTRA zaliczono Marianowi Wegera na poczet wyznaczonej kary. W połowie lutego bieżącego roku Sąd Apelacyjny w Lublinie natomiast zdecydował się przychylić do wniosku obrońcy i skrócić łączną długość pobytu za kratami o dwa lata.

Za półtora roku zatem Marian Wegera wyjdzie na wolność. Szkoda tylko, że lubelski Areszt Śledczy opuści już ktoś inny – niegdyś rzutki przedsiębiorca, a dziś do reszty pozbawiony wiary w sprawiedliwość prawa, zrujnowany finansowo, zawiedziony Polską i zwyczajnie samotny człowiek…

 

Maciej Lisowski