90 groszy miesięcznie.
Tyle kosztuje każdego polskiego podatnika Fundusz Kościelny. Mniej niż gazeta. Mniej niż kawa z automatu. A jednak właśnie te 90 groszy stały się jednym z najgorętszych tematów polskiej polityki.
Trudno znaleźć drugi temat, który tak skutecznie polaryzuje opinię publiczną przy tak niewielkiej stawce finansowej. Politycy wyścigują się w licytacji „miliardów wydawanych na kler”, media tytułują materiały sensacyjnymi nagłówkami, a internauci komentują z pasją godną dyskusji o budżecie obronnym. Tymczasem Fundusz Kościelny to — w skali budżetu państwa — zaledwie 0,032% wszystkich wydatków. Mniej niż błąd zaokrąglenia w sprawozdaniu Ministerstwa Finansów. Mniej niż wydaje przeciętne ministerstwo na materiały biurowe w jednym kwartale.
W tym tekście zajmiemy się tym, czego w debacie publicznej brakuje najbardziej: faktami. Twardymi danymi, konkretnymi kwotami i rzetelnymi porównaniami. Nie po to, by kogokolwiek bronić — lecz po to, by pokazać, jak wygląda rzeczywistość za kurtyną politycznych sloganów. Bo w Polsce roku 2026 debata o Funduszu Kościelnym przypomina dyskusję o kolorze zasłon w płonącym domu — odwraca uwagę od prawdziwych problemów i kosztuje nas więcej nerwów niż złotówek.
Ile naprawdę kosztuje Fundusz Kościelny?
Budżet Funduszu Kościelnego na 2025 rok wynosi 275,7 mln zł (rekordową kwotę w historii FK). Na 2026 rok — 272,56 mln zł. W Polsce mamy ok. 25,6 mln podatników PIT. Prosta arytmetyka, dostępna każdemu, kto potrafi podzielić dwie liczby, daje nam:
275,7 mln zł ÷ 25,6 mln podatników = 10,78 zł rocznie = 0,90 zł miesięcznie
Dziesięć złotych i siedemdziesiąt osiem groszy rocznie. Niecały złoty miesięcznie. Żeby uzmysłowić sobie tę skalę, porównajmy to z codziennymi wydatkami:

Innymi słowy: Fundusz Kościelny kosztuje każdego z nas mniej niż jeden kubek najtańszej kawy z automatu. Rocznie — mniej niż jedna wizyta w kinie. Mniej niż dwa bilety komunikacji miejskiej. Mniej niż najtańszy kebab na mieście.
Warto też spojrzeć na FK z perspektywy makro. Budżet państwa na 2025 rok to ponad 866 mld zł. Fundusz Kościelny stanowi 0,032% tej kwoty. Dla porównania: same odsetki od długu publicznego kosztują nas rocznie ponad 60 mld zł — dwieście razy więcej niż FK. Polska wydaje na obsługę długu publicznego w ciągu jednego dnia więcej niż na cały roczny Fundusz Kościelny. A jednak to właśnie FK stał się symbolem „marnotrawstwa” państwowych pieniędzy.
Kwota tak niewielka, że w portfelu jej nie poczujemy. A jednak kwota, wokół której toczy się jedna z najgłośniejszych batalii politycznych ostatnich lat. Dlaczego? Bo nie chodzi o pieniądze. Chodzi o emocje. A emocje, jak wiadomo, nie podlegają arytmetyce.
Skąd się wziął Fundusz Kościelny? Historia, o której się nie mówi
20 marca 1950 roku — pięć lat po zakończeniu II wojny światowej, w samym sercu stalinizmu — Sejm PRL uchwalił ustawę o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki. Nazwa brzmi sterylnie. Skutek był brutalny: państwo komunistyczne jednym aktem prawnym skonfiskowało 144 738 hektarów ziemi i 3 437 budynków należących do Kościołów i związków wyznaniowych.
Mowa o majątkach gromadzonych przez stulecia — o szpitalach, sierocińcach, szkołach, gospodarstwach rolnych, które stanowiły zaplecze dla działalności społecznej i charytatywnej wspólnot religijnych. Ustawa z 1950 roku była elementem szerszej polityki komunistycznego reżimu, nakierowanej na systematyczne rozbijanie niezależnych struktur społecznych. Przypomnijmy: w tym samym okresie komuniści likwidowali partie polityczne, pacyfikowali niezależne związki zawodowe i zamykali wolną prasę. Konfiskata mienia kościelnego była częścią tego samego procesu.
W ramach tej samej ustawy — niejako jako „rekompensata” za konfiskatę — utworzono Fundusz Kościelny. Miał on zastąpić dochody, które Kościoły czerpały z przejętych nieruchomości. Od początku było jasne, że to rekompensata symboliczna, nieproporcjonalna do skali wywłaszczenia.
I tu dochodzimy do kluczowego faktu: do dziś nie zwrócono ok. 62 358 hektarów z przejętych gruntów. Państwo polskie — nieprzerwanie od 1950 roku — jest w posiadaniu mienia, które zostało odebrane siłą prawa. Fundusz Kościelny istnieje jako częściowa rekompensata za ten niezwrócony majątek. Kto domaga się likwidacji FK, powinien uczciwie odpowiedzieć na pytanie: co z tymi 62 tysiącami hektarów?
Historyczna perspektywa jest niezbędna do zrozumienia obecnej debaty. FK nie został wymyślony przez współczesnych polityków. Nie jest „przywilejem” nadanym Kościołowi przez III RP. Jest konsekwencją komunistycznej konfiskaty mienia — aktu, który w państwie prawa powinien skutkować restytucją lub godziwą rekompensatą. Gdyby zastosować analogię z życia codziennego: wyobraźmy sobie, że państwo zabiera komuś dom, a w zamian oferuje miesięczne dofinansowanie do czynszu. Po 76 latach domu nadal nie oddano, ale dofinansowanie chce się zlikwidować. Tak właśnie wygląda sytuacja z Funduszem Kościelnym.
Co tak naprawdę finansuje Fundusz Kościelny?
To być może najbardziej zaskakujący element całej debaty — i jednocześnie najczęściej pomijany w przekazie medialnym. Według raportu Najwyższej Izby Kontroli za lata 2021–2023, łączne wydatki FK wyniosły 618,433 mln zł. Ich struktura wygląda następująco:

94,6% środków FK to składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne duchownych. Nie luksusowe pensje. Nie złote klamki w kuriach. Nie limuzyny dla biskupów. Składki ZUS i NFZ — dokładnie takie same, jakie państwo opłaca za inne grupy zawodowe: rolników (KRUS), żołnierzy, funkcjonariuszy.
Duchowni, za których państwo odprowadza te składki, otrzymują potem emerytury z najniższego możliwego poziomu — minimalne świadczenia ZUS. To nie jest „dotacja dla Kościoła” w potocznym rozumieniu tego słowa. To systemowe ubezpieczenie społeczne grupy zawodowej, którego beneficjentami są konkretni ludzie — księża, zakonnicy, zakonnice, duchowni 189 różnych wyznań.
Pozostałe 5,4% to remonty zabytkowych obiektów sakralnych (budynków, które często są jednocześnie zabytkami architektury podlegającymi opiece konserwatorskiej) oraz — w symbolicznej kwocie 0,2% — wspieranie działalności charytatywno-opiekuńczej. Maksymalna jednorazowa dotacja z FK w 2026 roku to 200 000 zł — kwota, za którą nie wyremontuje się nawet dachu przeciętnego kościoła.
Kiedy więc następnym razem usłyszymy o „miliardach na Kościół”, warto zapytać: czy mowa o składkach ZUS, z których duchowny dostanie minimalną emeryturę? Czy o 200 tysiącach na remont zabytkowego dachu? Bo to jest cała „dotacja”, o której tak głośno. Warto też pamiętać, że składki ZUS duchownych to nie jest żaden „prezent” — to zobowiązanie państwa wobec grupy zawodowej, analogiczne do zobowiązań wobec rolników, żołnierzy zawodowych, funkcjonariuszy służb mundurowych czy sędziów. Likwidacja FK nie sprawi, że duchowni przestaną potrzebować ubezpieczenia zdrowotnego. Koszty po prostu przeniosą się gdzie indziej — albo na same wspólnoty wyznaniowe (co uderzy w mniejsze wyznania), albo na inne pozycje budżetowe.
189 wyznań, nie tylko Kościół Katolicki
W polskiej debacie publicznej Fundusz Kościelny funkcjonuje jako synonim „pieniędzy dla Kościoła katolickiego”. To fundamentalne nieporozumienie — albo, w przypadku polityków, świadoma manipulacja.
Z Funduszu Kościelnego korzysta 189 zarejestrowanych związków wyznaniowych. To Kościół prawosławny, Kościoły ewangelickie, gminy żydowskie, muzułmańska gmina wyznaniowa, mariawici, starokatolicy, baptyści, adwentyści, zielonoświątkowcy, świadkowie Jehowy i dziesiątki innych wspólnot religijnych. FK jest instrumentem finansowym gwarantującym równość wyznaniową — każdy legalnie działający związek wyznaniowy ma prawo wnioskować o środki na takich samych zasadach.
Likwidacja Funduszu Kościelnego nie uderzyłaby wyłącznie w Kościół katolicki. Uderzyłaby we wszystkie mniejszości wyznaniowe, dla których FK jest jedynym źródłem wsparcia ubezpieczeniowego ich duchownych. Paradoksalnie — to Kościół katolicki, jako największa i najzamożniejsza instytucja wyznaniowa w Polsce, najłatwiej poradziłby sobie bez FK. Mniejsze wspólnoty straciłyby proporcjonalnie znacznie więcej.
Ten wymiar debaty jest systematycznie pomijany. Łatwiej mówić o „pieniądzach dla kleru”, niż wyjaśniać, że likwidacja FK oznacza odebranie składek zdrowotnych pastorowi małej wspólnoty protestanckiej czy imamowi polskiej gminy muzułmańskiej.
Jak to wygląda w Europie? Porównanie, które zaskakuje
Polska debata o Funduszu Kościelnym toczy się w kompletnej próżni porównawczej. Politycy zachowują się tak, jakby Polska była jedynym krajem w Europie, który w jakikolwiek sposób finansuje instytucje wyznaniowe. Tymczasem rzeczywistość jest dokładnie odwrotna — polski model jest jednym z najtańszych w całej Europie.

Czytacie dobrze. Niemiecki podatnik płaci na utrzymanie Kościołów 130 do 215 razy więcej niż polski. Duński — ok. 100 razy więcej. Nawet we Włoszech i Hiszpanii, gdzie stosuje się model „odpisu” (często przedstawiany jako wzorcowe rozwiązanie), koszt na obywatela jest wielokrotnie wyższy niż w Polsce.
Zwróćmy uwagę na jeszcze jeden aspekt: w Niemczech Kirchensteuer (podatek kościelny) jest obligatoryjny dla wszystkich członków Kościoła i pobierany bezpośrednio przez urzędy skarbowe. To oznacza, że państwo niemieckie aktywnie administruje systemem finansowania Kościołów, angażując w ten proces cały aparat podatkowy. W Polsce Fundusz Kościelny jest prostym transferem budżetowym, niewymagającym żadnej dodatkowej infrastruktury administracyjnej. Pod względem efektywności kosztowej polski model jest bezkonkurencyjny.
Polska ma najniższy koszt finansowania instytucji wyznaniowych w Europie. To fakt, który powinien być punktem wyjścia każdej rzetelnej dyskusji. A jednak w polskiej debacie publicznej jest konsekwentnie pomijany — bo nie pasuje do narracji o „uprzywilejowanym Kościele”. Politycy, którzy powołują się na „modele europejskie”, zapominają dodać, że każdy z tych modeli jest droższy. Znacznie droższy.
Paradoks ZUS — 309 milionów za sam przelew
Dr Marek Woch, prawnik i analityk, zwrócił uwagę na fakt, który powinien być bombą informacyjną — a przeszedł niemal niezauważony. Zgodnie z art. 88 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej, Zakład Ubezpieczeń Społecznych potrąca 0,20% łącznej kwoty składek zdrowotnych jako koszt obsługi administracyjnej — czyli koszt samego „przelewu” pieniędzy do Narodowego Funduszu Zdrowia.
Łączna kwota składek zdrowotnych w Polsce to ok. 154,8 mld zł. 0,20% tej sumy to:
309,6 mln zł — tyle kosztuje nas sama czynność techniczna przekazania składek zdrowotnych z ZUS do NFZ.
Powtórzmy to jeszcze raz, bo ta liczba zasługuje na powtórzenie:
Koszt obsługi administracyjnej Narodowego Funduszu Zdrowia przez ZUS tylko w zakresie obsługi składki zdrowotnej (309,6 mln zł) jest WYŻSZY niż cały budżet Funduszu Kościelnego (275,7 mln zł).
309 milionów za operację, którą w teorii mógłby wykonać jeden program komputerowy. W erze cyfryzacji, automatycznych przelewów i sztucznej inteligencji płacimy 309 milionów za to, że jeden system informatyczny przelewa pieniądze do drugiego systemu informatycznego. Mamy więc sytuację, w której opłata za „przelew” kosztuje nas więcej niż to, co jest przedmiotem jednej z najgorętszych debat politycznych w kraju.
Nikt nie organizuje konferencji prasowych, by domagać się likwidacji tej opłaty. Nikt nie tweetuje z oburzeniem o „309 milionach za kliknięcie Enter”. Nikt nie stawia billboardów z hasłem „Stop opłacie ZUS-owskiej”. Żaden poseł nie wychodzi na mównicę sejmową z transparentem „309 mln za przelew — dość!”. Żaden dziennikarz nie pyta ministra: „Dlaczego ZUS pobiera od nas więcej za administrację niż cały Fundusz Kościelny?”
Dlaczego? Bo opłata administracyjna ZUS nie generuje emocji. Nie można na niej zbudować kampanii wyborczej. Nie dzieli ludzi na „obrońców” i „przeciwników”. Fundusz Kościelny — owszem. I właśnie dlatego politycy mówią o 275 milionach, a milczą o 309 milionach. Ten paradoks mówi więcej o stanie polskiej debaty publicznej niż jakiekolwiek sondaże czy badania opinii.
Politycy i ich „miliardy” — anatomia manipulacji
Debata o Funduszu Kościelnym stała się poligonem doświadczalnym dla technik manipulacji liczbami. Przeanalizujmy najgłośniejsze wypowiedzi polityków — i skonfrontujmy je z faktami.
Szymon Hołownia: „17,5 mld na Kościół”
Marszałek Sejmu zaprezentował raport NIK, który mówił o łącznych transferach w wysokości 17,5 mld zł. Problem w tym, że sam Fundusz Kościelny stanowił zaledwie 3,5% tej kwoty (618 mln z 17,45 mld za 3 lata). Reszta to przede wszystkim wynagrodzenia katechetów, którzy są pracownikami państwowymi systemu oświaty — nie pracownikami Kościoła. Co więcej, termin publikacji raportu — trzy dni przed wyborami prezydenckimi, w których Hołownia sam kandydował — wzbudził uzasadnione podejrzenia o instrumentalne wykorzystanie instytucji kontrolnej. Nawet TVN24 zauważył: „Trzy dni przed wyborami — akurat taki termin wybrał marszałek Hołownia.”
Donald Tusk: „99% to składki” i obietnica likwidacji FK
Premier w jednej ze swoich wypowiedzi stwierdził, że „99% FK to składki ZUS”. W rzeczywistości to ok. 95%, nie 99% — co potwierdził prof. Paweł Borecki z Uniwersytetu Warszawskiego na łamach Onetu. Różnica 4 punktów procentowych przy kwotach rzędu 275 mln nie jest trywialna — to ok. 11 mln zł.
Magdalena Biejat: „Za 10 miliardów można wybudować 50 tys. mieszkań”
W marcu 2025 roku wicemarszałkini Senatu opublikowała na Facebooku wpis, w którym sugerowała, że 10 miliardów złotych wydanych na Kościół mogłoby posłużyć do budowy 50 tysięcy mieszkań. Problem? 10 mld to suma WSZYSTKICH wydatków różnych ministerstw na cele związane z wyznaniami w ciągu 8 lat — nie roczny budżet Funduszu Kościelnego. A większość tej kwoty to wynagrodzenia katechetów, którzy są pracownikami systemu oświaty. Prawdziwy FK to 275 mln, czyli 0,032% budżetu. Za tę kwotę nie wybudowałoby się 50 tysięcy mieszkań — wybudowałoby się ich… kilkaset.
Włodzimierz Czarzasty: „26 miliardów na kler”
Współprzewodniczący Nowej Lewicy opublikował na Instagramie w marcu 2025 roku post, w którym mówił o „26 miliardach na kler”. Skąd ta kwota? Czarzasty doliczył do wydatków m.in. 16 mld zł na katechezę — czyli wynagrodzenia nauczycieli religii zatrudnionych i opłacanych przez państwo w ramach systemu edukacji. To tak, jakby koszt utrzymania wojska doliczać do budżetu producenta mundurów.
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk: „Celem jest, aby w 2025 roku FK nie istniał”
Minister rodziny zapowiedziała na antenie TVN24 w styczniu 2024 roku, że celem rządu jest likwidacja Funduszu Kościelnego do końca 2025 roku. Jest marzec 2026 — Fundusz istnieje z budżetem 272 mln zł. Jednocześnie minister użyła deprecjonującego określenia „ZUS kleru”, pomijając fakt, że duchowni otrzymują jedne z najniższych emerytur w kraju.
Władysław Kosiniak-Kamysz: „zamiana na odpis”
Wicepremier zaproponował zamianę Funduszu Kościelnego na odpis podatkowy — rozwiązanie, które brzmi reformatorsko, ale kryje w sobie matematyczną pułapkę. Odpis 0,5% podatku PIT od wszystkich podatników dałby kwotę minimum 567 mln zł — ponad dwukrotnie więcej niż obecny FK. Ministerstwo Finansów przyznało wprost, że taka zmiana „jedynie zmieni formę przekazania środków”. Powołany w tej sprawie Zespół Międzyresortowy spotkał się zaledwie dwa razy w ciągu roku — trudno mówić o priorytetowym traktowaniu tematu.
Wzorzec jest jednoznaczny: politycy systematycznie zawyżają kwoty (mnożąc je 10-, 50-, a nawet 100-krotnie), mieszają kategorie wydatków i stawiają znak równości między Funduszem Kościelnym a całością państwowych wydatków mających jakikolwiek związek z religią. To klasyczna technika manipulacji — zasypanie odbiorcy dużymi liczbami, które brzmią szokująco, ale nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością.
Przyrównajmy to do życia codziennego: to tak, jakby ktoś stwierdził, że Kowalski wydaje 100 tysięcy złotych rocznie na jedzenie, wliczając w to koszt utrzymania restauracji, w której Kowalski jadł obiad, pensje kelnerów, rachunek za prąd w kuchni i amortyzację naczyń. Technicznie — wszystko „związane z jedzeniem”. Merytorycznie — kompletna bzdura. A jednak dokładnie tak konstruowane są „miliardy na Kościół”.
Dlaczego likwidacja FK jest trudniejsza, niż się wydaje?
Nawet ci, którzy z czystych pobudek ideowych uważają, że Fundusz Kościelny powinien zostać zlikwidowany, muszą zmierzyć się z istotną przeszkodą prawną. Art. 22 ust. 2 Konkordatu między Rzeczpospolitą Polską a Stolicą Apostolską z 1993 roku stanowi, że zmiana zasad finansowania instytucji kościelnych wymaga porozumienia obu stron — czyli Watykanu i polskiego rządu.
Konkordat to umowa międzynarodowa ratyfikowana przez Sejm. Jej zmiana wymaga negocjacji dyplomatycznych, a jednostronne złamanie postanowień oznaczałoby naruszenie prawa międzynarodowego. Żaden odpowiedzialny rząd — niezależnie od barw politycznych — nie zdecyduje się na taki krok.
Alternatywą jest zamiana FK na odpis podatkowy — rozwiązanie promowane m.in. przez Władysława Kosiniaka-Kamysza. Problem w tym, że sam ten pomysł ma poważną wadę matematyczną: odpis 0,5% podatku PIT od wszystkich podatników dałby kwotę minimum 567 mln zł — czyli ponad dwukrotnie więcej niż obecny FK. Ministerstwo Finansów przyznało wprost, że taka zmiana „jedynie zmieni formę przekazania środków”, nie obniżając ich poziomu. Co więcej, powołany w tej sprawie Zespół Międzyresortowy spotkał się zaledwie dwa razy w ciągu roku — co nie świadczy o szczególnej determinacji rządu w realizacji tej reformy.
Jest też paradoks o ironicznym wymiarze: Grzegorz Braun — polityk kojarzony z pozycją ultrakonserwatywną i prokościelną — również opowiada się za likwidacją FK, argumentując, że Fundusz uzależnia Kościół od państwa. „Kościół, który bierze pieniądze z budżetu, mówi coraz cieńszym głosem” — przekonywał. „Trzeba wykupić naszych pasterzy z niewoli babilońskiej” — dodawał na Kongresie Suwerenności i Demokracji w grudniu 2024 roku. To rzadki przypadek, gdy antyklerykalna lewica i prokościelna prawica dochodzą do tego samego wniosku — choć z diametralnie różnych przesłanek. I to właśnie powinno dać do myślenia: może problem leży nie w samym FK, lecz w jakości debaty o nim.
90 groszy — i pytanie, którego nikt nie zadaje
Wróćmy do naszych 90 groszy. Tyle kosztuje miesięcznie każdego z 25,6 miliona polskich podatników utrzymanie systemu, który:
— opłaca składki ZUS i NFZ dla duchownych 189 wyznań,
— finansuje remonty zabytkowych obiektów sakralnych,
— wspiera (w symbolicznym zakresie) działalność charytatywną,
— stanowi rekompensatę za 62 tysiące hektarów ziemi skonfiskowanej w 1950 roku,
— jest najtańszym modelem finansowania instytucji wyznaniowych w Europie.
Czy ten system jest idealny? Nie. Czy wymaga modernizacji i zwiększonej transparentności? Zapewne tak. Czy warto dyskutować o optymalnym modelu finansowania związków wyznaniowych w XXI wieku? Jak najbardziej. Ale czy FK zasługuje na miano „skandalu”, „miliardów dla kleru” i hasła „likwidować natychmiast”? Dane mówią jednoznacznie: nie.
Może zanim zlikwidujemy coś, co kosztuje 90 groszy miesięcznie, warto zadać inne pytanie — to, którego żaden polityk nie chce usłyszeć:
Dlaczego nikt nie mówi o 309 milionach złotych, które ZUS co roku pobiera za samą czynność przelania składek do NFZ?
309 milionów za obsługę administracyjną przelewu — więcej niż cały Fundusz Kościelny. Bez konferencji prasowych. Bez tweetów. Bez billboardów. Bez reportaży w głównym wydaniu wiadomości. Bez interpelacji poselskich. Cisza.
Bo prawda jest prosta i brutalna zarazem: 90 groszy nie jest problemem finansowym. 90 groszy jest narzędziem politycznym. A narzędzia polityczne nie podlegają rachunkowi ekonomicznemu — podlegają rachunkowi wyborczemu. I dopóki politycy będą mogli budować kariery na „miliardach dla kleru”, dopóty będą to robić. Niezależnie od faktów. Niezależnie od danych. Niezależnie od tego, że każdy, kto potrafi podzielić 275 milionów przez 25,6 miliona, otrzyma wynik, który nie zmieści się nawet na jednej monecie.
Ten tekst nie jest głosem w obronie jakiejkolwiek instytucji. Jest głosem w obronie rzetelności. Bo demokracja, w której debatę publiczną kształtują zmyślone miliardy, jest demokracją chorą. A leczenie każdej choroby zaczyna się od rzetelnej diagnozy.
Oto diagnoza: 90 groszy. Dziesięć złotych i siedemdziesiąt osiem groszy rocznie. Trzydzieści dwa tysięczne procenta budżetu. Najniższy koszt finansowania instytucji wyznaniowych w Europie. Rekompensata za 62 tysiące hektarów ziemi zabranej siłą. Ubezpieczenie zdrowotne duchownych 189 wyznań.
To są fakty. Reszta to polityka.
Maciej Lisowski
Dyrektor Fundacji LEX NOSTRA
