Sprawa transkrypcji zagranicznych aktów małżeństw jednopłciowych nie jest jedynie sporem światopoglądowym. To test, czy w Polsce prawo zmienia się przez Konstytucję i ustawę, czy przez sąd administracyjny, decyzję prezydenta miasta i rozporządzenie rządu.
W Polsce trwa operacja, którą trzeba nazwać po imieniu: próba przesunięcia granic konstytucyjnego porządku prawnego metodą faktów dokonanych. Najpierw wyrok TSUE, potem wyrok NSA, następnie decyzja Rafała Trzaskowskiego, a na końcu zapowiedź rozporządzenia rządu Donalda Tuska. Tak nie działa państwo prawa. Tak działa polityczna inżynieria ubrana w język „godności”, „szczęścia” i „równego traktowania”.
W konkretnej sprawie Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 20 marca 2026 r., sygn. II OSK 216/21, zobowiązał Kierownika Urzędu Stanu Cywilnego m.st. Warszawy do przeniesienia do rejestru stanu cywilnego aktu małżeństwa zawartego w Berlinie przez dwóch mężczyzn. Oficjalne omówienie NSA wskazuje, że sąd powołał się między innymi na prawo Unii Europejskiej, swobodę przemieszczania się, zakaz dyskryminacji oraz prawo do życia prywatnego i rodzinnego.
I właśnie tu zaczyna się zasadniczy problem. NSA nie jest ustawodawcą. NSA nie jest Trybunałem Konstytucyjnym. NSA jest sądem administracyjnym, którego rolą jest kontrola działalności administracji publicznej, a nie funkcjonalne przepisywanie konstytucyjnego modelu małżeństwa. Jeżeli sąd administracyjny zaczyna rozstrzygać w sposób, który faktycznie otwiera drogę do wpisywania do polskiego rejestru konstrukcji prawnej nieznanej polskiemu prawu rodzinnemu, to nie jest to już zwykła kontrola legalności decyzji administracyjnej. To jest wejście w obszar, który powinien należeć do ustawodawcy, a w sprawach fundamentalnych także do ustrojodawcy.
Nie jest to wyłącznie spór światopoglądowy. Art. 18 Konstytucji RP nadaje małżeństwu jako związkowi kobiety i mężczyzny szczególny status konstytucyjny, co Trybunał Konstytucyjny podkreślał już w wyroku akcesyjnym K 18/04. Art. 1 § 1 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego stanowi natomiast, że małżeństwo zostaje zawarte, gdy mężczyzna i kobieta złożą przed kierownikiem USC oświadczenia o wstąpieniu w związek małżeński.
Polskie prawo zna też bezpiecznik w postaci klauzuli porządku publicznego. Art. 107 Prawa o aktach stanu cywilnego przewiduje odmowę transkrypcji, jeżeli byłaby ona sprzeczna z podstawowymi zasadami porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej. Spór nie dotyczy więc tego, czy zagraniczny dokument istnieje. Spór dotyczy tego, czy jego wpisanie do polskiego rejestru może omijać konstytucyjne i ustawowe rozumienie instytucji małżeństwa.
Jeszcze bardziej niebezpieczne jest to, co z wyrokiem NSA zrobił Rafał Trzaskowski. W konkretnej sprawie można było powiedzieć: wykonujemy prawomocne orzeczenie sądu, nawet jeżeli budzi ono poważne zastrzeżenia. Tymczasem prezydent Warszawy poszedł dalej i ogłosił, że warszawski USC będzie dokonywał transkrypcji kolejnych małżeństw jednopłciowych obywateli polskich zawartych w Unii Europejskiej, powołując się na „kształtującą się linię orzeczniczą”.
To jest moment kluczowy. Trzaskowski nie ograniczył się do wykonania jednostkowego wyroku. On nadał temu wyrokowi znaczenie polityczne, systemowe i administracyjne. Innymi słowy: prezydent miasta próbuje zrobić z orzeczeń sądowych substytut ustawy. W Polsce nie obowiązuje system precedensowy w takim sensie, w jakim funkcjonuje on w krajach common law. Linia orzecznicza może mieć znaczenie interpretacyjne, ale nie jest samoistnym źródłem prawa powszechnie obowiązującego i nie zastępuje Sejmu.
Trzeba to powiedzieć jasno: Warszawa nie jest ustawodawcą. Prezydent miasta nie jest Sejmem. Kierownik USC nie jest Trybunałem Konstytucyjnym. A „kształtująca się linia orzecznicza” nie jest ustawą.
Jeżeli Rafał Trzaskowski chce zmienić konstytucyjne i ustawowe znaczenie małżeństwa w polskim porządku prawnym, niech jego środowisko polityczne przedstawi projekt ustawy. Jeżeli chce iść jeszcze dalej, niech przedstawi projekt zmiany Konstytucji. Niech stanie przed obywatelami i parlamentem. Niech nie robi tego przez urząd stanu cywilnego, komunikat medialny i administracyjną praktykę.
Trzeci poziom tej operacji to rząd Donalda Tuska. Premier zapowiedział przygotowanie rozporządzenia w sprawie transkrypcji małżeństw jednopłciowych zawieranych poza Polską, przedstawiając sprawę jako kwestię praworządności i godności człowieka. Media cytowały także wypowiedź premiera, że jest to kwestia „godności człowieka, prawa do szczęścia i prawa do równego traktowania przez państwo”.
Brzmi to pięknie. Tylko że „prawo do szczęścia” nie jest źródłem prawa. Nie zastępuje Konstytucji, nie zastępuje ustawy i nie uchyla zasad porządku publicznego. Państwo może szanować godność każdego człowieka, ale nie ma obowiązku przebudowywać własnego porządku prawnego pod każde indywidualne wyobrażenie szczęścia.
Bigamista także może twierdzić, że jego szczęście polega na życiu w kilku związkach małżeńskich. Zwolennik komercyjnej surogacji także może mówić o swoim prawie do szczęścia. Osoba, która dokonała czynności prawnej w innym systemie prawnym, również może uważać, że Polska powinna uznać jej skutki. Ale od tego właśnie jest Konstytucja, ustawy i klauzula porządku publicznego, żeby odróżnić prywatne pragnienie od tego, co państwo ma obowiązek uznać jako instytucję prawną.
Nie wszystko, co jest legalne za granicą, musi automatycznie stawać się częścią polskiego porządku prawnego. W różnych państwach świata odmiennie regulowano lub nadal reguluje się choćby wiek małżeński, poligamię, surogację czy skutki określonych relacji rodzinnych. W państwach europejskich istniały różne wyjątki pozwalające na zawieranie małżeństw poniżej 18 roku życia, najczęściej za zgodą rodziców, sądu albo organu publicznego. W skali świata wiele państw dopuszczało lub nadal dopuszcza małżeństwa osób poniżej 18 roku życia.
Czy Polska ma automatycznie uznawać każdy model rodzinny tylko dlatego, że został zalegalizowany gdzieś indziej? Oczywiście nie. Dlatego państwa mają pojęcie porządku publicznego. To bezpiecznik przed mechanicznym importowaniem cudzych rozwiązań.
Rząd Tuska próbuje dziś dokonać rzeczy szczególnie groźnej: sprawę o ciężarze ustrojowym chce domknąć rozporządzeniem. Tymczasem art. 92 Konstytucji RP stanowi, że rozporządzenia są wydawane na podstawie szczegółowego upoważnienia ustawowego i w celu wykonania ustawy. Rozporządzenie nie jest instrumentem do zmiany sensu instytucji małżeństwa. Rozporządzenie nie jest skróconą ścieżką zmiany Konstytucji. Rozporządzenie nie może służyć do obejścia debaty parlamentarnej.
Zgodnie z art. 87 Konstytucji RP źródłami powszechnie obowiązującego prawa są Konstytucja, ustawy, ratyfikowane umowy międzynarodowe, rozporządzenia oraz akty prawa miejscowego na obszarze działania organów, które je ustanowiły. Hierarchia źródeł prawa ma znaczenie. Jeżeli rząd zaczyna załatwiać rozporządzeniem sprawę, która faktycznie dotyczy konstytucyjnego rozumienia małżeństwa i porządku publicznego, to mamy do czynienia nie z praworządnością, ale z polityczną hucpą.
Polska Konstytucja przewiduje szczególny tryb swojej zmiany. Zgodnie z art. 235 Konstytucji RP ustawa o zmianie Konstytucji wymaga w Sejmie większości co najmniej 2/3 głosów przy obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów, a w Senacie bezwzględnej większości głosów przy obecności co najmniej połowy senatorów. Ten wysoki próg nie jest ozdobą. To zabezpieczenie przed tym, by bieżąca większość polityczna, sąd albo organ administracji nie mogły pod pozorem „technicznej czynności” przesuwać granic ustroju państwa.
Praworządność nie polega na tym, że władza wybiera sobie wygodny instrument prawny do politycznie pożądanego celu. Praworządność polega na tym, że władza działa w granicach kompetencji, z poszanowaniem hierarchii źródeł prawa, procedur i konstytucyjnych zabezpieczeń. Jeżeli rząd nie ma większości do zmiany ustawy albo Konstytucji, to nie może udawać, że wystarczy rozporządzenie.
W tej sprawie szczególnie uderza podwójny język. Gdy chodzi o cele ideologicznie bliskie obecnej władzy, słyszymy o godności, szczęściu, równości i konieczności szybkiego działania. Gdy chodzi o organizacje społeczne, środowiska konserwatywne, niezależne fundacje czy obywateli niewpisujących się w linię rządzących, ten sam aparat administracyjny potrafi być chłodny, formalistyczny i bezwzględny. To pokazuje prawdziwy problem: nie prawo jest tu najważniejsze, lecz polityczna selekcja tych, którym władza chce pomóc.
Sprawa transkrypcji nie jest tylko sporem o jeden wpis w rejestrze. To spór o to, czy państwo polskie zachowuje własny porządek konstytucyjny, czy ma stać się punktem technicznego zatwierdzania rozwiązań przywożonych z innych systemów prawnych. To spór o to, czy o sprawach fundamentalnych decyduje naród przez swoich przedstawicieli, czy sędzia administracyjny, prezydent miasta i minister podpisujący rozporządzenie.
Nie można rozporządzeniem, praktyką urzędu i rozszerzającą interpretacją wyroku sądu administracyjnego robić tego, czego nie da się przeprowadzić przez parlament. Jeżeli ktoś chce zmieniać konstytucyjne rozumienie małżeństwa, niech stanie z projektem przed obywatelami. Niech powie wprost, czego chce. Niech weźmie za to odpowiedzialność polityczną.
Trzaskowski może nazywać to linią orzeczniczą, Tusk może mówić o prawie do szczęścia, ale obywatele powinni zobaczyć rzecz po imieniu: to polityczna próba zmiany ustroju bez pytania narodu o zgodę.
Jeżeli dziś pozwolimy obchodzić Konstytucję rozporządzeniem, urzędem i sądową furtką, jutro żadna granica państwa prawa nie będzie już bezpieczna.
Nie tak reformuje się państwo. Tak się je po cichu rozmontowuje.