Wspomóż Fundację LEX NOSTRA darowizną: SANTANDER nr. konta: PL 98 1090 1030 0000 0001 1662 5224 (SWIFT: WBKPPLPPXXX)
Fudacja LEX NOSTRA OPP - przekaż 1% podatku

Poleć ten tekst:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someonePrint this page

Suwnica bramowa dokowa - Stocznia Szczecińska3_DCE

Wywiad z Lechem Wydrzyńskim – prezesem Szczecińskiego Stowarzyszenia Obrony Stoczni i Przemysłu Okrętowego w Polsce  z siedzibą w Szczecinie o tym, jak doprowadzono do upadku Stocznię Szczecińską.

MK: Zacznijmy od początku. Jest rok 1991, Stocznia Szczecińska im. Adolfa Warskiego jest przedsiębiorstwem państwowym i ma olbrzymie długi, wymaga restrukturyzacji. Jak do tego doszło?

LW: Ówczesne problemy polskiego przemysłu stoczniowego były efektem utraty rynku radzieckiego (upadek ZSRR), likwidacji systemowych dopłat rządowych do eksportu oraz drastycznego podatku zwanego popiwkiem a wprowadzonego przez Balcerowicza, nie bez znaczenia było też zacofanie technologiczne i organizacyjne . Rządzący, czyli rząd Mazowieckiego, uznawali, że branża jest tylko kłopotem. Wtedy ówczesny dyrektor państwowej Stoczni Szczecińskiej, pan Grabowski, zaczął szukać kontrahentów zewnętrznych jako partnerów do prywatyzacji, nic z tego nie wyszło bo inwestorzy zachodni żądali umorzenia długów. Udało się natomiast, na bazie jednego z wydziałów stoczni, założyć spółkę Join Venture z udziałem niemieckim. Później Pan Grabowski zrezygnował ze stanowiska i Rada Pracownicza ogłosiła w marcu 1991 r. konkurs na stanowisko dyrektora. Konkurs ten wygrał były stoczniowiec, pracownik Politechniki Szczecińskiej, dr inż.  Krzysztof Piotrowski. Nowa dyrekcja opracowała koncepcję naprawy całej branży i szczegółowy biznesplan dla Stoczni Szczecińskiej. Plany te uzyskały akceptację premierów Jana Krzysztofa Bieleckiego i Jana Olszewskiego. Program restrukturyzacji obejmował wszystkie obszary działalności stoczni i miał skutkować dywersyfikacją działalności i samodzielnością ekonomiczną struktury; obejmował również prywatyzację stoczni w oparciu o model menadżersko-pracowniczy.  Głównym partnerem stoczni ze strony rządowej w sprawach prywatyzacji, był wicepremier Henryk Goryszewski i minister Janusz Lewandowski. Po analizie wszystkich za i przeciw, plan prywatyzacji podzielono na dwa etapy. Czynnik społeczny, mówię tu o związkach zawodowych, przystał na to, jedynym związkiem, który wtedy oponował była Solidarność 80, której byłem członkiem. Potem zaszły pewne rozbieżności w sprawie przyznawania tych akcji, ale to zostało wszystko naprawione. W pierwszym etapie przedsiębiorstwo państwowe przekształcono w jednoosobową spółkę Skarbu Państwa pod firmą Stocznia Szczecińska SA. Pod kierownictwem Krzysztofa Piotrowskiego, Ryszarda Kwidzińskiego i pozostałych członków Zarządu przystąpiono do naprawy stoczni osiągając spektakularny sukces. Stocznia uzyskała na całą dekadę status jednego z liderów przemysłu stoczniowego na świecie.

MK: Dlaczego prywatyzację podzielono na dwa etapy? Czym różnił się etap pierwszy od drugiego?

LW: Słuszne pytanie, bardzo słuszne pytanie. Wielu dziennikarzy o to nie pyta. Niewiara rządzących i specjalistów, tak zwanych specjalistów ekonomicznych, że to przedsiębiorstwo można uratować. Więc zarząd zobowiązał się do tego, że on to zrobi. I to był jeden z warunków Pana Goryszewskiego. Będzie pierwszy etap wykonany, to przejdziemy do drugiego. No i tak się stało, i mało tego, dodatkowo spłacono wszystkie – nie swoje – zadłużenia, które spółka przejęła od przedsiębiorstwa państwowego. W drugim etapie, po prywatyzacji i przekształceniach organizacyjnych Stocznia Szczecińska SA zmieniła nazwę na Stocznia Szczecińska Porta Holding SA, no i potem…

MK: No i potem… W latach 1992-2001, stocznia praktycznie cały czas przynosiła zyski. Nabierała siły, miała dobrą, jeśli nie bardzo dobrą, pozycję w Europie i na świecie pod względem produkcji i sprzedaży statków. Czy mógłby Pan odnieść się do owych osiągnięć, przypomnieć, co w ciągu tych lat udało się wypracować?

LW: Po pierwsze to było dobre zarządzanie, fachowe zarządzanie członków zarządu, którzy wiedzieli w jakim kierunku pokierować stocznią. Pod to wszystko dobrali, nie chciałbym tu mówić konkretnie, powiedzmy w jednym słowie, załogę, która odpowiedzialnie i ze zrozumieniem podeszła do wszystkich tych aspektów sprawy. Pojawiły się pierwsze efekty, z firmy jednozmianowej przeszliśmy na dwuzmianową, a niektóre wydziały nawet na trzyzmianową. Później, już w drugim etapie, głównym zadaniem było stworzenie firmy konkurencyjnej na globalnym rynku. Znaczyło to, że firma nie może opierać się tylko na jednym rodzaju produkcji; zbudowano, w oparciu głównie o kolejne wydziały stoczni,  zdywersyfikowaną produktową grupę kapitałową składającą się prawie z 50 samodzielnie działających podmiotów gospodarczych, które jako spółki córki holdingu przyjmowały zlecenia, wykonywały prace na rzecz stoczni i na zewnątrz, i właśnie z tego wynikał ten sukces. Firma rosła, a w związku z tym, że banki zachodnie zaczęły się w większym stopniu interesować stocznią, z uwagi na wspomniany postęp, przychylność była duża. Uznanie dla zarządu oraz załogi. Rezultat był taki, że rozpoczęto rozszerzanie działalności. Była to konsekwencja uzyskanych zysków, co prawda stosunkowo niskich, bo produkcja stoczniowa nie daje dużych zysków, ale w tym przypadku wysokie obroty i pochodzący z nich zysk zapewniał rozwój i funkcjonowanie stoczni. Wybudowano nowoczesną cynkownię, która początkowo działała na rynku polskim, a następnie zagranicznym. Zdecydowano się na zakup bazy paliwowej w Świnoujściu i jej wyremontowanie, miała być jedną z nóg holdingu. Kolejną podporą była spółka malarsko-piaskarska. To były takie trzy nogi, które wspierały cały przemysł stoczniowy. Rezultaty tego były takie, że pomimo różnych problemów, w Europie zazdrościli Szczecinowi wspaniałego przedsiębiorstwa, sprzedającego co 14 dni roboczych duży oceaniczny statek. Warto zaznaczyć, że wszystkie etapy, czyli budowanie, remontowanie i ulepszanie działo się w jednym momencie. I to wszystko umiejętnie nam wyszło. Staliśmy się pierwszą stocznią w Europie, piątą w świecie, a ogólne zyski były duże, do czasu, kiedy ktoś pozazdrościł…

ML: No właśnie. Kolejnym punktem były duże zobowiązania Skarbu Państwa wobec stoczni, co było skutkiem nie wypłacenia dopłat do produkcji eksportowej oraz zwrotu podatku VAT. Wyrokiem sądu Państwo miało zwrócić te pieniądze…

LW: Warto też zwróci uwagę na rządowy program wsparcia przemysłu stoczniowego przyjęty przy wejściu Polski do OECD, który wskazywał na cykle koniunkturalne branży i zawierał stosowne narzędzia pomocowe.  Moment  bessy na rynku wystąpił właśnie w 2001 roku. W tym czasie budowano w stoczni prototyp chemikaliowca ze stali specjalnych na którym wystąpiły pęknięcia spoin co spowodowało wydłużenie cyklu budowy co blokowało pewne, następne etapy. Gdy jednak w stosunkowo krótkim czasie problemy technologiczne zostały opanowane, ówcześni SLD-owscy ministrowie rozpoczęli organizować zarządowi i całej grupie kapitałowej lincz medialny wg  późniejszego oświadczeniaTVP1 w 2008r. ministra Wiesława Kaczmarka). Kłopoty zaczęły się w momencie przedziwnym, my jako załoga dowiedzieliśmy się dopiero później o roli poszczególnych ministrów, o wymuszaniu na zarządzie pewnych zmian, czy też stopowaniu w kwestii bazy paliwowej. Nikt nie wiedział o tym, że plan rozbioru był już uzgodniony, no i to wszystko zaczęło kogoś boleć. Zresztą jeden Pan powiedział o Zarządzie, że „weszli nie pytani do tego koryta”.

MK: Ok, nastąpił upadek. Czy można jednoznacznie stwierdzić, co się do tego przyczyniło? Zły rząd, złe decyzje?

LW: Zazdrość… Zazdrość, ponieważ zarząd się nie zgodził na propozycje wtedy przedstawione. „Ci” wykorzystali  ten moment zachwiania, lincz medialny spowodował zmianę zarządu zaś nowy zarząd z rekomendacji Skarbu Państwa zgłosił wniosek o upadłości. Zanim złożono wniosek o upadłości  nowy zarząd sprzedał atrakcyjną część  majątku – mam na myśli bazę paliwową w Świnoujściu. Po ogłoszeniu upadłości, syndyk powinien był przeanalizować podnoszone wątpliwości związane z zasadnością ogłoszonej upadłości i w mojej opinii, poprzez wnioskowany przez kolejny Zarząd Upadłego  – już nie z rekomendacji Skarbu Państwa -złożyć  wniosek układowy mający przywrócić działalność stoczni. Tak się jednak nie stało i dopiero teraz toczą się różne procesy odszkodowawcze wobec Skarbu Państwa.

MK: Przed złożeniem wniosku o upadłość, stocznia kilkakrotnie składała wniosek o udzielenie gwarancji przez Skarb Państwa.

LW: Owszem, rozmawiano z rządem w samym sercu Warszawy, w Kancelarii Premiera i w ministerstwie gospodarki, z premierem Leszkiem Millerem, ministrami: Wiesławem Kaczmarkiem, Jackiem Piechotą ze Szczecina, którzy publicznie deklarowali wsparcie a zakulisowo organizowali lincz medialny. Ostatecznie jednak odpowiedź brzmiała: „prywatnemu się nie pomaga”- zaplanowali zmianę zarządu stawiając warunek: jeśli stary zarząd zrezygnuje to Państwo pomoże stoczni . No i pomogli w ten sposób, że gdy nastąpiła zmiana zarządu to nowy powołany z rekomendacji ministrów Zarząd  wycofał wniosek układowy i złożył wniosek o upadłość.

MK: Na czym miał polegać układ?

LW: Wierzyciele deklarowali zgodę na rozłożenie wszystkich zobowiązań w czasie bądź ich zamianę na akcje. Natomiast nowy zarząd zamiast realizować podjęte przez rząd zobowiązania przystępuje do sprzedaży majątku. A wiadomo, że jak wniosek układowy zostaje przyjęty przez sąd to nie można sprzedawać. Po drugie, skoro wycofano wniosek układowy należało zapytać akcjonariuszy o zgodę na sprzedaż podstawowego majątku holdingu. Żaden akcjonariusz o tym nie wiedział, bo nie było zwołanego walnego zgromadzenia. Czyli wbrew wiedzy i woli akcjonariuszy –  nowy zarząd naruszył prawo, tak moim zdaniem wynika z dokumentów. Sprzedali za jedną  złotówkę ASS a Skarb Państwa to kupił. Sprzedali Portę PETROL oraz większościowy pakiet udziałów w Porta EKO -CYNK, . Zarząd  o tym pisze we   wniosku o upadłość, a dokładnie, że wierzytelność do spłacenia jest większa niż zasoby majątkowe itd. I nie ma możliwości zabezpieczenia majątkowego. Najpierw sprzedali majątek, a później złożyli do sądu wniosek o braku zabezpieczenia. 12 lipca 2002r. zarząd, ze względu na ten fakt,  składa do sądu wniosek o upadłość. Sąd po niespełna dwóch tygodniach zawierza opinii przygotowanej przez biegłego ekonomistę, który  stwierdził, że jest zadłużenie. Dodatkowo, wniosek jest jeszcze poparty przez wnioski dwóch drobnych wierzycieli. 29 lipca Sąd wydaje wyrok, nie badając w zasadzie całej sprawy i ogłasza upadłość.

ML: Rozumiem, że to były niewłaściwe decyzję, niewłaściwych osób, podpierających się jednym ekspertem,  który stwierdza, że rzeczywiście jest zagrożenie. Natomiast, czy Pana zdaniem jako  osoby, która w stoczni była od dłuższego czasu  , można było jakoś inaczej tym pokierować, coś zrobić, by temu zapobiec?

LW: Oczywiście, tylko trzeba było chcieć i nie robić na złość, a robiono na złość, bo wiedzieli, że nie będą za to odpowiadać. Teza moja wynika z tego, że zacząłem analizować pewne epizody. 11 czerwiec 2002r.,  otwarcie układu, zgadzają się banki, zgadzają się wierzyciele, skąd wniosek o upadłość? To jest jakby jedna rzecz, później, bodajże w 2005 r., renomowany, światowej rangi audytor E&Y przeprowadza sprawdzenie bilansu Porty Holding za 2001r. nie stwierdzając nieprawidłowości a w niektórych pozycjach podwyższając konserwatywne zapisy starego zarządu. Ostateczna konkluzja  E&Y sprowadza się do stwierdzenia, że z definicji nie można ocenić sytuacji grupy kapitałowej bez badania bilansu skonsolidowanego a tego sąd upadłościowy nie zrobił. Również wszystkie publiczne zarzuty wobec starego Zarządu formułowane przez ministrów i media, okazały się na wszystkich poziomach wymiaru sprawiedliwości oczywiście bezzasadne. Te i wiele innych spraw o których by można mówić godzinami,  uznanych przeze mnie i innych akcjonariuszy za nieprawidłowe, a w niektórych przypadkach wręcz o zabarwieniu kryminalnym,  spowodowały, że powołaliśmy stowarzyszenie, którego jestem prezesem. Chcieliśmy by to stowarzyszenie było partnerem do rozmów z sądownictwem oraz prokuraturą. W momencie składania wniosku o zwołanie Walnego zgromadzenia spółki mieliśmy ok. 2000 pełnomocnictw akcjonariuszy.

MK: Jak aktualnie wygląda sprawa?

LW: Generalnie słabo. Przemysł budowy statków w Szczecinie  nie istnieje. Dziennikarze pilnują się, żeby o tym nie mówić. Przeminęły już rządy PO- PSL a dziennikarze wiedzą  doskonale o roli SLD-PSL w stoczni w 2002 r. dalej milczą. Również ministrowie kolejnych rządów udają Greka, a opieram to po kolejnych rozmowach m. innymi z wiceministrami odpowiedzialnymi za przemysł stoczniowy w kolejnych rządach. Z tych rozmów wynika, że oni wiedzą, co się stało, jednak jeden z nich tłumaczył mi, że Skarb Państwa nie jest właścicielem majątku  stoczniowego tylko Agencja Rozwoju i Przemysłu która  to kupowała. No to ja pytam tego Pana ministra, czy nas uważa za ludzi, którzy nie rozumieją pewnych rzeczy, nie kojarzą faktów?, zapytałem, to w takim razie proszę mi wyjaśnić, kto jest właścicielem Agencji? No bo moim zdaniem Skarb Państwa. Mamy do czynienia ze zmową polityków, osób odpowiedzialnych za przemysł stoczniowy w Szczecinie. Mówią nie wracajmy do tego, to się stało w 2002 roku. – Zamknijmy sprawę. Było minęło? – Tak ? I to się słyszało w rozmowach w Brukseli, gdy Bruksela żądała wyjaśnień  o nieuprawnione wsparcie dla przemysłu stoczniowego. I to się pielęgnuje do dnia dzisiejszego. Czyli nic się z tym nie robi  wmawiając społeczeństwu w Polsce, że oto Komisja Europejska wymusiła na rządach likwidację przemysłu stoczniowego.  Są dokumenty, w których to wyraźnie widać, kto się podpisywał pod wnioskami do UE o zgodę na restrukturyzację przemysłu stoczniowego w Polsce , kto się zwracał, który  minister  Skarbu, który minister gospodarki i dlaczego. Ci wiedzący o tym, nic z tym nie robią. Wszystko jest przemilczane i idzie to w kierunku, , że  każdy rząd  który  przychodzi, obiecuje  odbudowę  przemysłu stoczniowego. I teraz, jeśli chodzi o sam Szczecin, nastąpiło przestępstwo, za te przestępstwo nikt nie odpowiada. I stracił kto? Stoczniowiec. Do dnia dzisiejszego ten stoczniowiec nie ma zapłacone. Nie za akcje  tylko za przepracowane lata. Syndyk nam daje dokument ile nam się należy. Od 2002 roku do dnia dzisiejszego nie mamy zapłacone za przepracowane godziny . Tego nie ma, o tym się nie mówi-    myślę tu o rządzących. Sami zlikwidowali a mówią, że to Komisja Europejska, że to stoczniowcy, a są dokumenty, które mówią zupełnie coś innego.  Sprawdziło się to, co mówiłem na  rampach, że Stocznia Nowa to jest taki czas przejściowy do zapomnienia. Stało się. Trzy lata i Stoczni Nowej nie ma ale pieniądze poszły. Bezpowrotnie. Ktoś na tym zarobił.

MK: Nawiązując do tego, co Pan teraz wspomniał: ktoś zarobił, a ktoś stracił. Przez te wszystkie lata była szerzona negatywna kampania medialna, że to wina zarządu, ludzi. Natomiast prawda jest taka, że Zarząd stoczni to byli udziałowcy, akcjonariusze.

LW: Tak, to wynikało z umowy przygotowanej przez rząd w oparciu o uchwałę Rady Ministrów kierowanej przez premier Hannę Suchocką. Zarząd otrzymał około 5 % akcji bezpośrednio i pośrednio przez spółkę menadżerską dalsze około 12 %. Akcje te były uprzywilejowane co do głosu ale zwykłe co do dywidendy.

MK: Ok, ale to właśnie przede wszystkim pracownicy ponieśli największą karę? Największą stratę oraz szkodę?

LW: Dokładnie, do dzisiaj nie mają pracy i to jest właśnie to, o czym wspomniałem. Najgorsze. Stracił najbardziej pracownik, bo tak stracił dochód przyszłościowy, stracił staż pracy, musiał się wałęsać, szukać i wyjeżdżać za granicę. Na tej tragedii zyskał kto? Komornik, windykator i Unia nasza. Ja też byłem zdziwiony tym stanem,  stocznia dobrze stała, więc pracownicy brali kredyty, banki dawały, ale ja nie przypuszczałem, że byli stoczniowcy mieli kredyty w ośmiu czy sześciu bankach, które trzeba spłacać, no i dochodzi do tragedii rodzinnych. Nad tym się nikt do dnia dzisiejszego nie zastanowił: w jaki sposób naprawić, odzyskać te pieniądze? Bo te pieniądze ktoś wziął. Ktoś na tym zarobił. I te pieniądze dzisiaj obracane są na rynku. I ktoś wie o tym. Politycy na pewno znają ten problem tylko dlaczego chronią to wszystko. Wszyscy jakby się boją tego tematu ruszyć.

MK: Czyli można to podsumować w ten sposób, nie wiem, czy się Pan z tym stwierdzeniem zgodzi, że rząd państwa, które było członkiem Rady Europejskiej, przyczynił się do umieszczenia właścicieli w areszcie i zawładnięcia bezprawnie jego majątku?

LW: No krótko mówiąc skok na majątek. To był skok na majątek. To był skok na majątek, mało tego, wiedzieli o tym, że nie poniosą konsekwencji prawnych.

MK: Po pierwsze to dokładnie Pan powiedział: nie poniosą konsekwencji prawnych, po drugie oni myśleli wyłącznie o sobie, oni nie myśleli o Polsce, o kraju, o przemyśle stoczniowym. Mieliśmy tak wysoką pozycję i nikt tego nie próbował ratować. Nikt o to nie walczył.

LW: Powiem tak, te pierwsze dwa słowa, które Pani powiedziała, że myśleli tylko o sobie. A czy myślą inaczej na dzień dzisiejszy? – No nie. – Bo politykiem rządzącym się bywa, się nie jest, tylko się bywa, a jak się bywa, to brać jak najwięcej. Mało tego, po co mam się interesować szarym stoczniowcem. Było minęło? A przecież wystarczyło tylko w Sejmie zrobić ustawę, uchwałę, rząd powinien to zrobić. Nie babrać się, jeździć, chronić, rzucać komisji propozycję. Składać jakieś specustawy, które społeczeństwo znowu   dezinformują że o to stoczniowiec zwolniony, wyrzucony na bruk. A przecież stoczniowiec nie został zwolniony. W tej stoczni nowej żaden stoczniowiec nie został zwolniony, żaden!!! Na to jest dokument. Aby  mógł otrzymać zgodnie ze specustawą odprawę zarówno tą minimalną, jak i maksymalną, musiał złożyć wypowiedzenie z pracy. Dlaczego politycy do dnia dzisiejszego  cały czas  ukrywają, jakby tego nie było? Mnie to boli… Boli dlatego, że były rozmowy, były uzgodnienia,  z ministrami – nie ma efektu? – dlaczego one się rozeszły, zapomnieli o tym, w imię czego? Jakiego dobra? Żeby odbudować przemysł stoczniowy to państwo polskie musi znowu wyłożyć kilkaset milionów bo mrzonką jest, że w stoczni w Szczecinie za pół roku będzie budowany jakiś statek, bo ta infrastruktura stoczniowa została rozkradziona. Żeby odbudować tą infrastrukturę to trzeba czasu. Obiecując  społeczeństwu, że wkrótce budowane będą statki w stoczni szczecińskiej , no to to jest  kłamstwo w żywe oczy? – Ja bym powiedział to jeszcze ostrzej: to jest zbrodnia, bo świadomie się wyciąga pewne kwestie, żeby mieć tą akceptację. Ktoś na tym zarabia. I znowu stawiam pytanie: ktoś na tym zarabia, kto? I politycy wiedzą o kogo chodzi. Ja niestety jestem jak wielu w trudnej sytuacji, po prostu od 2002 roku mija14 lat a stoczni nie ma. Wszyscy wiedzą. Występują w telewizjach, wszystko jest ok. Ale czy któryś z polityków pomyślał, że w 2002 roku mówił o odpowiedzialności. Pracę przez upadek stoczni straciło blisko 80 tys. ludzi, proszę sobie wyobrazić jakie przyniosło to straty. Rodzinom  i państwu. Poszły na to nakłady olbrzymie. Teraz znowu się mówi, że stawia się na przemysł stoczniowy jako kierunek. Słusznie ale… powinniśmy rozmawiać o rewitalizacji przemysłu stoczniowego. O rewitalizacji stoczni, bo jeżeli tego nie zrobimy,  to przyznajemy, że te wydarzenia z 2002 roku były w świetle prawa słuszne. – Przyklaskujemy im? – Tak. Tylko pytanie jest następujące: jeżeli faktycznie tamten zarząd doprowadził do takiej sytuacji to dlaczego Sąd  ich uniewinnił? Byliśmy w prokuraturze w Poznaniu, tam nam znowu dali odmowę wszczęcia postępowania i pociągnięcie wszystkich osób do odpowiedzialności karnej za spowodowanie całej sytuacji, naruszenie dóbr akcjonariusza, odmownie to jest pytanie, dlaczego? Nasuwa się pytanie i politycy o tym wiedzą.  Stawiam następne pytanie? Były wnioski do Prokuratury Generalnej składane przez akcjonariuszy, w tym momencie nie zostały ruszone, zostały pominięte, przychodzi następne. Czemu tego nie robią?

MK: Czyli co, zamiatanie sprawy pod dywan? – Przemilczenie, ale dlaczego? – Skoro jest to wszystko przypominane.

LW: Tak. Ale ja bym chciał, żeby znalazł się odważny polityk czy minister, który by zajrzał w taką spółkę korporacji „Polskie stocznie” i zapewniam, daje słowo, że tam znajdzie odpowiedź. – Kto jest za to winny? – Tak. Kto na tym zarobił.

MK: A myśli Pan, że oni tego nie wiedzą, że trzeba tam zajrzeć?

LW: To pytanie kieruję do polityków i dziennikarzy śledczych. Do polityków, którzy być może są pierwszy raz, nie wiedzą jak to wszystko wyglądało, żeby trochę się otrząsnęli. Tam jest odpowiedź. – Konkretna osoba? – Tam jest odpowiedź na całość. Dlaczego tak się stało, kto na tym zyskał i co dzisiaj robi. Dlatego wie Pani, ja… może to dobrze, że mówię o tych sprawach, ponoszę konsekwencję osobiste, ale też wiem, że muszę być czujny na wszystko. Ja mówię, nie mam nic do ukrycia, bo ja się prawdy nie boję. Może się bać ten, kto się boi. Ja się prawdy nie boję. W związku z tym wiem, że może nastąpić przełom, że może być inaczej. Bo, że było to wiem, bo już było polowanie.

ML:  Polowanie?

LW: No, za dużo wie, za dużo mówi, jest niebezpieczny.

MK: Rozumiem, że nie usłyszę od Pana jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: kto ponosi odpowiedzialność?

LW: Ja myślę, że to jest tak czytelne, tak to jest widoczne dla polityków, dziennikarzy i obserwatorów gospodarczych, że obojętnie które hasło by Pani nie powiedziała – to wszyscy wiedzą, jaka była prawda…

Mirela Krzyżak

Maciej Lisowski

Fundacja LEX NOSTRA

Poleć ten tekst:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someonePrint this page
Kategorie: Aktualności, Polecamy