Przyczyny powstania

Dotychczas nie podejmowałem spraw osobistych, albowiem celem działania Fundacji LEX NOSTRA nie jest promowanie mnie, lecz realna pomoc prawna dla osób pokrzywdzonych. Co prawda to ja podpisuję pisma Fundacji, lecz z trywialnego powodu – po co mam łamać karierę któregoś z młodych prawników – mnie już zawodowo mogą pocałować w…

 

Tym razem zrobię wyjątek z kilku powodów:

– od kilku dni odbieram telefony od nieznanych mi osób z pogróżkami

– osoba, która jest podejrzana w sprawie gdzie mam składać wyjaśnienia jako ŚWIADEK twierdzi, że prokurator mówi, że mnie aresztuje,

– znany mi od dawna dziennikarz, z którym nie utrzymuję od dłuższego czasu kontaktu, ostatnio telefonuje do moich znajomych z informacją, by na mnie uważali, bo donoszę służbom ( nie sprecyzował jakich ). Notabene zaprzestałem z nim kontaktu po tym jak 4 osoby, niezależnie od siebie, zapewniły mnie, iż ten dziennikarz ma drugi etat w ABW, a jego zainteresowanie moją osobą wynika z wiadomych przyczyn. Od ponad roku się z nim nie kontaktowałem, a tu sobie nagle przypomniał

– a przede wszystkim, niestety mój stan zdrowia uległ znacznemu pogorszeniu – trudno mi się poruszać, co jest efektem – wydarzeń, którę opisze poniżej…

 

W drugiej połowie lat 90 miałem „młodzieńczy romans” z Unią Wolności, ba nawet byłem w pierwszym Zarządzie jej młodzieżówki, Forum Gospodarczym i w paru innych organach tej partii, czy też kandydatem z 2 miejsca w wyborach w 1998 r. – co teraz nie jest istotne. Robiłem to z czystej chęci zmiany rzeczywistości, a szczególnie pomocy przedsiębiorcom – sam w tym czasie miałem dobrze prosperujący przedsiębiorstwo, dające pracę 28 osobom.

Do polityki bardzo szybko się rozczarowałem, „romans się zakończył”, a ja już nie zapisałem się do żadnej partii. Niestety, będą młodym, dynamicznym przedsiębiorcą, a w dodatku z pieniędzmi – szybko nawiązałem kontakt z znanymi politykami tej partii – udawało mi się nawet widywać w wąskim gronie dzisiejszego Pana Premiera.

Każdy kij ma dwa końce – szybko zaczęli mną się interesować tajemniczy inwestorzy ( po latach wiem kto za nimi stał – poubeckie ścierwa ), oczekując udziałów w mojej firmie w zamian za … i tu szkoda waszego czasu na to, bym wymieniał hipotetyczne korzyści.

Młody byłem i nierozważny, a co „najgorsze” nie miałem rodziny w UB czy nawet wśród notabli, która by powiedziała tym personom, by spier…

Efekt był taki, że – orientując się powoli co to za osoby – w ostatniej chwili odmówiłem współpracy, nie zaciągając żadnych zobowiązań – i się zaczęło: półtora roku najazdów wszelkich możliwych urzędów, włącznie z najazdem policji i zatrzymaniem mnie na 24 godziny – strasząc że jak się nie przyznam do udziału w jakimś włamaniu ( sic !!) – to mnie zniszczą, chyba że dogadam się z „moimi przyjaciółmi, o których zapomniałem”. Po 24 godzinach dowieziono mnie do lokalnego komisariatu, gdzie inny policjant powiedział, że to jakaś pomyłka i sam nie wie o co chodzi.

Broniłem się ile mogłem – do 1999 r., kiedy wygrałem przetarg, podpisałem umowę kredytową z Bankiem Zachodnim ( dyrektor już nie żyje, więc go nie wymienię ) zabezpieczoną majątkiem i poręczeniem państwowego banku BGK, co stanowiło ponad 200 % ( sic ! ) kwoty kredytu. W dniu podpisania końcowej umowy kredytowej – dyrektor poinformował mnie, że kredyt nie zostanie uruchomiony, bo … nie.

Moje argumenty, że przecież mają olbrzymie zabezpieczenie, że to na wykonanie opłacalnego kontraktu – jak grochem o pustak… Wadium i kary umowne sporo kosztowały – w państwowym banku BGK przecierali oczy ze zdumienia i zatelefonowali do dyrektora, by usłyszeć odpowiedź – nie, bo nie…

Jesienią 1999 r. – chcąc ratować miejsca pracy w firmie, którą stworzyłem w 1992 od podstaw – zgodziłem się na oddanie tej firmy za darmo, byleby nie ogłaszać jej upadłości. Zaproponowałem nawet pomoc w przejęciu bieżącej działalności…

Całość udziałów w spółce z o.o. kupił NOTARIALNIE pewny siebie jegomość z którym był niski pan w kapeluszu ( po latach dowiedziałem się że był to Władysław K. – wtedy prawa ręka od przekrętów robionych przez niezmiennie bardzo znanego polityka – wyjątkowo niebezpiecznego gangstera ).

Ja – mocno poturbowany, zacząłem „nowe życie”, będąc przekonany, iż to koniec kłopotów. To był dopiero początek – zgłosiło się prywatnie trzech klientów, którzy oddali komputery do serwisu, a teraz nie mogą odebrać, bo firma jest zamknięta. Było to już kilka miesięcy po przekazaniu firmy.

Rzeczywiście – tak było. Majątek zniknął, a ja się po następnych miesiącach przypadkowo dowiedziałem, że nowy nabywcy wyciągnęli jeszcze ponad trzy miliony złotych ( w 1999 r. ) i zniknęli.

Poprosiłem tych klientów o przedstawienie dokumentów zakupu, bo skąd ich miałem znać, i gdy usłyszałem, że ich dzieci płaczą – oddałem im pieniądze, ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

Spotkałem też przypadkowo w Urzędzie Skarbowym komornika skarbowego, który poprosił mnie o podpisanie „protokołu roztrwonienia majątku firmy”, na co odmówiłem, bo od wielu miesięcy nie miałem nic wspólnego z firmą, co potwierdził sąd rejestrowy. W końcu napisałem mu na brzegu dokumentu ( był adresowany do mnie imiennie i na prywatny adres ), iż dokument otrzymałem w dniu …

Spokój miałem do czasu wyborów w 2001 r. wygranych przez SLD – wtedy skontaktowali się „dawni znajomi” z informacją, że „albo będę dla nich zarabiał pieniądze”, albo teraz mnie wykończą. Odpowiedź – spier…

Śledczy, aby mi bardziej dokuczyć wyprodukowali kilkanaście postępowań przeciwko mnie, ciągnących się latami – kolejno umarzanych ( np. sprawa z 2001 r. została umorzona – wobec niestwierdzenia przestępstwa – w jesienią 2011 r., etc. ). Zarzuty były tak absurdalne, żeby jak najtrudniej było się z nich obronić – np. przywłaszczenie w 1999 r. leasingowanego samochodu Polonez Truck, poprzez sprzedaż udziałów w Sp. z o.o. i po odwołaniu z Zarządu Spółki – przekazanie samochodu nowemu zarządowi. Zupełnie nie docierało, iż umowa zawarta była na mocy kodeksu handlowego a nie cywilnego, a stroną umowy była Sp. z o.o. i gdybym przedmiotu leasingu nie przekazał nowemu zarządowi to dopiero popełniłbym przestępstwo – dokumentami tych spraw służę zainteresowanym – można na ich podstawie nakręcić wieloodcinkowy serial.

Nauczyłem się z tym żyć – co więcej zupełnie stanąłem na nogi, choć po kolejnej odmowie „zarabiania pieniędzy dla starych znajomych” zacząłem się interesować kto tak naprawdę za nimi stoi i … włos mi się zjeżył. Wyjątkowo nieciekawe postacie – na swój sposób spotkało mnie spore „wyróżnienie”. Zacząłem się dowiadywać, że banda ta, na której odłam trafiłem, w podobny sposób przejmowała przedsiębiorstwa w całej Polsce – przez wiele lat, a też osoby z nią powiązane stoją za do dziś niewyjaśnionymi głośnymi zbrodniami.

Widać zdenerwowało to kogoś, bo w ciągu kilku miesięcy 6 razy chciano mnie zabić – gdzie najmniej drastycznym był przypadek przecięcia hamulców. Uratowało mnie tylko to, że parkując po przejechaniu kilkuset kilometrów parkując pod domem koleżanki, przypadkowo najechałem na bryłę śniegu i to ostatecznie zerwało przewód, a że samochód był z automatyczną skrzynią biegów – uruchamiając go zobaczyłem, że nie mam hamulców – na śniegu był wylany płyn. We wszystkich sprawach uratowała mnie tylko i wyłącznie łaska Pana Boga objawiona poprzez szczęśliwy zbieg okoliczności czy przypadek.

Prokuratura oczywiście umarzała te sprawy – z uwagi na nie ustalenie sprawców – podobnie jak pobicie mnie w biały dzień na ulicy przez mężczyznę, który bez słowa od tyłu przyłożył mi w głowę i odszedł, czy też podobnie jak otrzymywane anonimy z groźbami.

Gdy znany stał się fakt, że w 2005 r. miałem operację nowotworu złośliwego, dano mi trochę spokoju, licząc że choroba zrobi swoje.

Czas mijał – ja odzyskiwałem siły, więc sędzia – prokurator Mariusz Kurowski z Sądu Rejonowego w Białymstoku rozpoczął proces, w którym oskarżony zostałem o to, że:

– w październiku 1999 r. … przywłaszczyłem powierzone firmie 3 zepsute komputery ( sąd rejestrowy wykreślił mnie z zarządu we pierwszych dniach września 1999 r., pokrzywdzenie na oczy mnie nie widzieli w firmie, a przede wszystkim zeznawali, że nie mają żadnych pretensji i roszczeń, bo – pomimo że były zepsute i bez monitorów – otrzymali cenę ich zakupu sprzed kilkudziesięciu miesięcy – średnio po 3 tys. za komputer )

– w listopadzie 1999 r. … usunąłem z firmy mienie wartości 45 tys. zł. będące własnością Urzędu Skarbowego ( nie miałem nic wspólnego z tą firmą od września 1999 r. ! )

– w sierpniu 1999 r. działając wspólnie i w porozumieniu z pracownikiem, który kupił na raty wkład kominkowy i sprzęt RTV ( pracownik wkrótce po tym umarł, pracownicy banku zeznawali, że nie mają żadnych roszczeń bo kredyty były ubezpieczone, a bank nie zgłaszał żadnego zawiadomienia – na moje pytanie: to skąd się wzięła sprawa ? – pracownik wyjaśnił do protokołu, że ok. 2005 r. telefonował do banku prokurator z Białegostoku z pytaniem czy czasem denat kilka lat wcześniej nie kupił czegoś na raty. Pracownik zapamiętał to dokładnie, bo w całej karierze nawet nie słyszał, by prokurator telefonował do banku z takim pytaniem ). 

Zaczął on od… postanowienia o tymczasowym aresztowaniu mnie i złożeniu zawiadomienia na lekarza, pod którego znajdowałem się opieką.

Sąd Okręgowy w Białymstoku – tylko z uwagi na obecność zaalarmowanych przeze mnie reporterów TVP – uchylił postanowienie o tymczasowym aresztowaniu, stwierdzając, iż nie ma ku temu żadnych podstaw.

Proces był jedną farsą z uwagi na zachowanie sędziego Mariusza Kurowskiego na Sali rozpraw i nieuwzględnieniu wniosków o wyłączenie sędziego, który krzyczał na świadków, rzucał na podłogę aktami sprawy, a policji polecał dokonywać nowych czynności śledczych, by „potwierdzić moją winę”.

 

Wyrokiem w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 12.06.2006 r. sędzia – prokurator Mariusz Kurowski uznał mnie winnym tego, iż:

– przywłaszczyłem 1 ( jeden ) komputer, bo faktycznie byłem w tym czasie właścicielem firmy

– usunąłem mienie z firmy należące do Urzędu Skarbowego, bo faktycznie byłem w tym czasie właścicielem firmy i nieważne kto je fizycznie usunął, gdzie i do kogo trafiło

– poświadczyłem nieprawdę co do zatrudnienia pracownika, bo faktycznie nie był on pracownikiem, a zgłosiłem go do ZUS wiele miesięcy wcześniej, ponieważ „chciałem sobie zapewnić alibi”, co „świadczy dodatkowo o [ mojej ] dużej demoralizacji”.

 

Sędzia Sądu Rejonowego w Białymstoku Mariusz Kurowski skazał mnie za powyższe na 2 ( dwa ) lata i 8 ( osiem ) miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności ( czyli bez zawieszenia ). Wkrótce po tym został delegowany do Sadu Okręgowego w Białymstoku.

Na ogłoszeniu wyroku nie byłem, gdyż ponowiły się dolegliwości onkologiczne. Po otrzymaniu pisemnego uzasadnienia – na początku września wniosłem apelację.

W dniu 22 września 2006 r. zostałem zatrzymany przez funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Był to piątek, godz. 21.15. W poniedziałek miałem wyznaczony termin do stawienia się w szpitalu, celem operowania nawrotu nowotworu.

Akcją dowodził ten sam oficer ABW, który prowadził sprawę b. Prezesa Orlenu Andrzeja Modrzejewskiego. Pewnie to i przypadek, gdyby nie fakt, iż prokurator Prokuratury Rejonowej Warszawa Mokotów, która podpisywała się pod zatrzymaniem Prezesa Modrzejewskiego – w 2010 r. nie próbowała znów mnie aresztować pod zarzutem „włamania do wynajmowanego przez Fundację lokalu”, co wcześniej opisywaliśmy. Widać organy ścigania mają małe zaplecze kadrowe…

Lekarz MSWiA wydał zgodę wyłącznie na przetransportowanie mnie transportem niemedycznym do Lublina – celem przesłuchania mnie.

W niedzielę – 24 września 2006 r. – przyjęła mnie prokurator Prokuratury Okręgowej w Lublinie Ewa Kotowska ( obecnie pracuje w Ministerstwie Sprawiedliwości ), która zbytnio nie owijając stwierdziła, że jeżeli nie złożę zeznań dotyczących korupcji, których rzekomo mieli dopuścić się znani mi osobiście Posłowie PO ( w tym obecny Premier Donald Tusk ), a ona wie że tak było, podobnie jak wie, że mam olbrzymią wiedzę na „inne tematy”, w tym Samoobrony – jest już ustalony tymczasowy areszt, a mając wyrok w Białymstoku, który „z pewnością zostanie utrzymany” – szybko nie wyjdę na wolność.

Po raz kolejny odmówiłem, nie dlatego bym pałał sympatią do obecnego Premiera, ale ze zwykłej przyzwoitości – żeby urzędnicza szuja nie robiła kariery na zastraszanych ludziach. Co więcej – opisałem to piśmie do Prokuratury Generalnej, która przekazała je do Prokuratury Okręgowej w Siedlcach. Postępowanie wyjaśniające trwało ponad rok – później uznano, że nie jestem stroną w sprawie”.

W niedzielę wieczorem byłem już w Sądzie Rejonowym w Lublinie, gdzie po 5 minutach zostałem aresztowany na 3 miesiące. Nie pozwolono mi zapoznać się z dowodami przeciwko mnie. Dopiero, gdy w styczniu 2009 r. pozwolono mi przejrzeć akta sprawy, dowiedziałem się, że do momentu zatrzymania mnie śledztwo liczyło ponad 40 tomów ( sędzia zapoznał się z nimi w ciągu 5 minut ), a w żadnym protokole nie było mojego nazwiska. „Dowodem” był notatka służbowa funkcjonariusza z informację, iż pomagam firmie handlującej paliwami. Dopiero później pojawiły się sprzeczne zeznania dwóch z podejrzanych, którzy wkrótce po tym wyszli na wolność i dobrowolnie poddali się karze.

Powtarzam – przez prawie 2,5 roku konsekwentnie odmawiano mi i mojemu pełnomocnikowi pokazania jakiegokolwiek dowodu świadczącego o rzekomej mojej winie !

W Areszcie Śledczym w Lublinie lekarz ( notabene zatrzymany później z CBŚ za korupcję ) podpisał się pod przyjęciem mnie i wysłał na …badanie krwi.

Do innego lekarza dostałem się dopiero w maju 2007 r. ( po 8 miesiącach ), gdy po 50 dniach ścisłej głodówki i artykułach w prasie ( dyrektor poinformował dziennikarzy, że symuluje chorobę ), dowieziono mnie na badanie do biegłego lekarza w Zakładzie Medycyny Sądowej w Lublinie, który potwierdził chorobę nowotworową i inne, ale wyraził opinię, że „w warunkach aresztu mam zapewnioną równie dobrą opiekę co na wolności, a nawet lepszą z uwagi na łatwiejszy dostęp do lekarzy, krótsze terminy oczekiwania na badania”, etc.

Ponieważ „śledztwo się sypało”, a prokurator Ewa Kotowska została delegowana do Warszawy, uchylono mi areszt proponując dobrowolne poddanie się karze i „zapomnijmy o sprawie” – odmówiłem.

Uchylenie aresztu nie było niczym istotnym, bo w międzyczasie Sąd Okręgowy w Białymstoku w składzie: SSO Dorota Niewińska, SSO Krzysztof Kamiński, SSO Jerzy Szczurewski, wyrokiem z dnia 19 lutego 2007 r. :

  1. 1.uchylił wyrok wydany przez Mariusza Kurowskiego
  2. 2.uniewinnił od zarzutu usunięcia mienia zajętego przez Urząd Skarbowy
  3. 3.zmienił kwalifikację prawną za rzekome przywłaszczenie zepsutego komputera z serwisu nie mojej ( choć zdaniem Kurowskiego – faktycznie mojej ) firmy na łagodniejszą – z art. 284 § 1 kk

i w efekcie…

skazał mnie na karę 2 lata bezwzględnego pozbawienia wolności.

za rzekome przywłaszczenie zepsutego komputera i zakup przez mojego pracownika wkładu grzewczego i telewizora !

W sprawie gdzie rzekomo pokrzywdzeni – twierdzili, że nie czują się pokrzywdzeni !!!

Zdarzał się, że funkcjonariusze służby więziennej po przejrzeniu moich akt i sprawdzeniu „za co siedzę”, spontanicznie mówili – „Pan to chyba jest polityczny”…

Gdy tylko wystąpiłem z wnioskiem o udzielenie przerwy w wykonywaniu kary ze względów zdrowotnych, rozpoczęto obwożenie mnie po aresztach w całej Polsce – sposób prosty: jakiś świadek, o którym nigdy nie słyszałem, składał zeznania, że ja mam coś do powiedzenia w sprawie, o której nigdy nie słyszałem. Później odbywała się kilkunastogodzinna podróż na drewnianej ławce, w przepełnionym busie, podczas której prawie nie sikałem z bólu, do aresztu na drugim końcu Polski. Po kilku dniach dowożono mnie do prokuratury, gdzie stwierdzano, że to jakaś pomyłka i po kilkunastu następnych dniach – podróż „powrotna”.

„Sztuczka” polegała na tym, iż wnioski penitencjarne rozpoznaje sąd penitencjarny właściwy do miejsca osadzenia – czyli mój wniosek wędrował za mną – z dużym opóźnieniem – po Polsce, a równoległy nie mógł być złożony. Prosta „sztuczka”, ale skuteczna.

Wyrok za zepsuty komputer odbyłem cały i 5 dni dłużej – po prostu odmówiono zwolnienia mnie bez podania przyczyny. W tym czasie przebywałem w dwuosobowej celi na końcu korytarza z głuchym jak pień i z kłopotami z sercem osiemdziesięciolatkiem – chyba „miałem się powiesić”, bo jeden ze strażników powiedział mi szeptem, że ponoć „czekają na jakiś nakaz aresztowania mnie – bo nie wolno mnie wypuścić”.

Dopiero na skutek „bombardowania” dyrekcji aresztu przez wielu dziennikarzy, a także kilku czołowych parlamentarzystów z wszystkich partii, sprawa zrobiła się „za głośna” i 2 lutego 2009 r. opuściłem areszt śledczy.

Do dziś mam przekonanie, że żyje tylko dzięki tym osobom, które zadawały proste pytanie: „dlaczego nie może zostać zwolniony ?”. Dziękuję Wam.

Dyrektor odpowiedzialna za tą sytuację niebawem przeszła na emeryturę.

Sąd Okręgowy w Lublinie za brak opieki medycznej, za przetrzymywanie mnie przez pół roku w jednej celi z agresywnym mężczyzną, „skazanym” ( za zabójstwo swojego kolegi przy pomocy drewnianego kołka ) na bezterminowe osadzenie w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym i do którego go nie przewożono – zasądził na moją rzecz odszkodowanie w wysokości dwóch tysięcy złotych.

Pod względem zdrowotnym nie da się naprawić, to co zaniedbano przez ponad 2 lata – bóle stają się coraz bardziej dokuczliwe, z trudnością chodzę, coraz mniej wyraźnie mówię.

Nie jest to dobra wiadomość dla ludzi, którzy zniszczyli mi życie, bo za granicą na wydrukowanie czeka napisany pamiętnik – do wydania po moim zgonie…

Napisałem powyższy tekst nie dlatego by się żalić lub rozliczać „prywatne sprawy” , lecz po to by wytłumaczyć co skłoniło mnie do założenia Fundacji – Fundacji która pomogła kilkuset osobom ( to co jest stronie – to ziarenko piasku w sprawach, gdyż po prostu nie mamy kiedy pisać informacje na stronę ), Fundacji która zaczyna być coraz bardziej atakowana – bo jest skuteczna i bezkompromisowa !

Nie działamy dla rozgłosu, lecz rozgłos i pieniądze na działanie są nam potrzebne, by móc pomagać innych, zamiast zastanawiać się skąd wziąć na chleb.

I jeszcze jedna sprawa – bez względu na opcje polityczną zawsze będą ponadpartyjne grupy interesów i urzędnicy chcący „ustawić” się na krzywdzie innych.

Dlatego, moim zdaniem, głosowanie na poszczególne partie polityczne to „wybór pomiędzy dżumą a tyfusem” – nigdy mnie z ich strony nic dobrego nie spotkało, a Was ?

Trzeba tworzyć nową klasę polityków i urzędników, a przede wszystkim popierać poszczególne działania, poszczególnych polityków – bez względu na ich przynależność partyjną. Jeśli poczują nasze realne poparcie udzielone za konkretne ich działania, a nie za znaczek partyjny, poczują większą niezależność i bezpieczeństwo. A my właśnie potrzebujemy takich osób, których po czynach poznamy !

„Podziały polityczne” to już obecnie iluzja, „igrzyska dla Narodu” !

Dlatego do Rady Fundacji zaprosiłem osoby, ważąc ich wcześniejsze dokonania, a nie fakt ich poparcia dla konkretnej opcji politycznej. Cieszę się, że przyjęły zaproszenie.

 

Szanowni Państwo,

Jak już pisałem – nie mogę reprezentować przed sądami i prokuraturami – i może to nawet lepiej dla mojego zdrowia, bo na widok prokuratora czy sędziego odruchowo zbiera mnie na wymioty…

Mogę za to, o ile pozwoli mi Bóg, zdrowie i pieniądze na utrzymanie, nadal tworzyć Fundację LEX NOSTRA i tworzyć system obrony osób przed zakusami urzędniczego samodzierżawia i buty !

I właśnie po to powstała Fundacja LEX NOSTRA !

 

Maciej Lisowski

Dyrektor Fundacji

Fundator

 

Data publikacji: 6 maja 2012 r.

Leave a Comment

Your email address will not be published.